Warzecha na egzaminie u Urbana.

Temat  „nielegalnego przewodnictwa” w polskich mediach to od lat wyjątkowy przykład dziennikarskiej ingorancji i niedbalstwa. Pojawia się zwykle jak sasanka wiosną, w okolicach Świąt Wielkanocnych. Wtedy miejska turystyka zaczyna ożywać a cieplejsza aura zachęca do wyjścia na ulicę także tych, którch życiowym powołaniem jest kontrolowanie. Następują telefony do gazet, uczynny dziennikarz spisuje skargi sfrustrowanych środowisk, że należy karać bo wszędzie „w Unii Europejskiej tak jest”  bo nielegalni „zabierają pracę a mówią ludziom bzdury” itepe itede. Nikomu nie chce się dociekać prawdy, poznawać regulacje innych krajów, czy choćby przeczytać sobie tą oto notkę w wikipedii. Potem czasem ukazuje się jakiś list wyjaśniający, przedstawienie sprawy z innego punku widzenia (polecam np. zajrzeć tutaj). W ostatnich latach, wraz  z upowszechnieniem  internetu na forach pod artykułami pojawiają się głosy oburzonych obywateli, którym nie chce się wierzyć, że taki relikt komunizmu wciąż w polskim prawie istnieje. Ale na tym sprawa się kończy. Nie ma żadnej dalszej analizy, pytań do polityków itp. Temat traktowany jest w charakterze newsa ogórkowego, a nie problemu, który naraża nasz kraj na utratę sporych dochodów, a wiele osób pozbawia szans na ciekawą i dobrą pracę.

Czy ten i ów dziennikarz (choć chciałoby się użyć mniej chwalebnych określeń tego rzemiosła),  przepisujący bladolenia, że nikomu bez 2-letnich kursów i państwowych egzaminów nie wolno opowiadać grupce osób na ulicy, czegoś o historii miasta, nigdy nie pomyślał – że sam może uprawiać dziennikarstwo jako wolny zawód? I mieć do dyspozycji tysiąckrotnie większą propagandową tubę w postaci prasy, radia i TV? Kilkakrotnie pisałem o tym w listach do gazet i napiszę jeszcze raz: gdyby w 1997r. w prawie prasowym przywrócono podobne regulacje jak w prawie turystycznym, wszyscy dziennikarze, których kariery zawodowe rozpoczęły się w wolnej Polsce, musieliby – niezależnie od swoich rzeczywistych umiejętności – przerwać uprawianie zawodu, iść na kursy i zdać egzaminy u tych którzy te uprawnienia mieli przez 1989r. czyli np. u redaktorów Trybuny Ludu.

Jako człowiek o określonych gustach intelektualnych brukowców nie kupuję, czasem pośmieję się z rubryki w której „Wyborcza” naigrywa się z prostactwa „Faktu”. Tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie tekst autorstwa Łukasza Warzechy, politycznego komentatora tej bulwarówki, pt. „Przewodnicy i  paranoiczny paternalizm…>” To jest jak na razie pierwszy i jedyny tekst, napisany w Polsce przez zawodowego dziennikarza, w którym autor zaczyna się zastanawiać, że coś jest chyba nie tak. Szkoda, że na tym zastanawianiu się kończy. Panu Łukaszowi nie chciało się paru kliknięciami w sieci sprawdzić, że przewodnickie absurdy reguluje nie żadne „ministerialne rozporządzenie” tylko akty wyższego rzędu – ustawa i kodeks wykroczeń. Że przewodnicy nie tylko „W niektórych miastach” muszą mieć licencje,  ale różne uprawnienia wydaje się na każdą przysłowiową Kozią Wólkę, a i pilotowanie grup objazdowych nie jest dozwolone bez innego rodzaju papierów. Autor nie ma pojęcia o wielu faktach (przez małe f) o których – gdyby wiedział, pewnie napisałby poważniejszy artykuł a nie luzacką, blogową notkę. No ale może bulwarówki takich tematów nie podejmują. Chociaż naga panienka na ostatniej stronie mogła by się sprawdzić jako „nielegalna przewodniczka”, czyż nie?
Łukasz Warzecha
Nie można jednak bloggerowi „Salonu24″ odmówić zdolności proroczych. Mam na myśli fragment o kabareciarzach: „to czemu nie wprowadzić licencji np. dla artystów kabaretowych? Przecież nie każdy artysta kabaretowy naprawdę nas rozśmiesza. Jeśli zapłacimy za bilety na występ nieśmiesznego kabareciarza, to stracimy pieniądze. Państwo powinno nas przed tym chronić… itd” Tekst był pisany w kwietniu 2007. A zaraz potem w czerwcu miał miejsce festiwal w Opolu, a na nim – nudny, ustawiany pod gusta PiS-owskich działaczy kabareton, na którym publiczność wygwizdała wazeliniarskiego Rosiewicza. Śmieszne, prawda?

Tego bloga zacząłem pisać w styczniu. Do Wielkanocy mamy jeszcze trochę czasu.

5 Komentarze

  1. Och no poprawiłem…:) a na szukanie sprzymierzeńców przyjdzie czas, teraz muszę wykonać jeszcze trochę dokumentacyjnej roboty.

  2. Zwroty typu „pismak – osioł” nie przysporzą Panu sympatii tego środowiska, mimo ogólnej słuszności Pańskich zamierzeń. Poziom niektórych polemik prasowych jest mi znany, ale co ma z tego wynikać? Moim zdaniem powinien Pan raczej szukać wsparcia prasy, a nie już na starcie sobie zrażać dziennikarzy, którzy potencjalnie mogliby Pana akcję wesprzeć.

  3. Panie Janie, chyba nie czyta pan polemik prasowych felietonistów ze zwalczających się dzienników, skoro gdzieś w tym tekście znalazł pan powód do „obrazy”.

    Rynek mediów i zawód dziennikarza jest wolny – jeśli temat stanie się ważny, nie zabraknie chętnych do jego opisania.

    A póki co – jeśli któryś z nich dostrzega ważny problem i – mając dostęp do wysokonakładowych mediów – robi z tego jedynie powierzchowną i luzacką blogową notkę, to nie ma się o co obrażać że w podobny sposób został potraktowany przez kogoś z branży, dla kogo sprawa bynajmiej nie jest „rozrywkowa”.

  4. Szanowny Panie,

    Pańskie argumenty są słuszne. Radzę jednak nieco rozważniej dobierać słowa, gdyż antagonizuje Pan jedyne środowisko, które mogłoby Pańską akcję skutecznie wesprzeć – właśnie dziennikarzy.

    Obrażając wszystkich, którzy się z Panem nie zgadzają, skazuje się Pan na samotność.

  5. W pełni popieram akcję wolne przewodnictwo. Pewnie mało kto jest świadomy, że uprawnienia państwowe mają też swoje drugie dno. Są to dziesiątki dodatkowych urzędników, państwowe egzaminy, kontrole kursów, pisanie wytycznych dla egzaminatorów, układanie programów, ciągłe nowelizacje przepisów, zmiany w obszarach uprawnień itd. Wiadomo, kto za to wszystko płaci!!! Dlatego nie życzę sobie aby z moich podatków utrzymywano państwową przewodnicko – urzędniczą hucpę. Czas z tym skończyć.