Niemcy, odsłona pierwsza: „Licencja przewodnicka” za 13 euro.

Jednym z najbardziej oburzających argumentów, jakiego w mediach używają obrońcy licencjonowania to: „a bo tak jest też w innych krajach, na przykład…” i tu jako przykład podaje się od równo dziesięciu lat – wciąż, jeden, niezmiennie ten sam: Wiedeń i miasta Włoch, gdzie za nielegalne oprowadzanie łupie się ponoć wysokie kary (jak jest naprawdę – patrz niżej), więc u nas też tak trzeba.

Ja się zawsze zastanawiałem, czy ci spece od prawnych regulacji organizowali tylko i wyłącznie wycieczki do tych paru punktów na mapie? Czy np. nikt z tysięcy ludzi pracujących w „przyjazdówce” nie zauważył,  że osoby pilotujące grupy z zachodniej Europy itp. nie muszą mieć żadnych blach, legitymacji, państwowych uprawnień itp?  

Spójrzmy na Niemcy, najbliższy nam kraj zachodni i jednocześnie jeden z największych rynków turystycznych świata, co najmniej kilkadziesiąt razy większy od polskiego. Kraj o wielkich tradycjach – że wspomnę choćby „Ruch Wędrownych Ptaków” (Wandervögelbewegung) – prekursorów trampingu i krajoznawstwa. Miliony Niemców co roku biorą udział w zorganizowanych wyjazdach. To wszystko działa bez jakiejkolwiek regulacji w zakresie pilotażu i przewodnictwa. Każdy, w każdym regionie czy mieście Niemiec może  bawić się w „przewodnika”. Każdy może sobie zebrać sobie grupę turystów i robić za „pilota”. Nie musi robić żadnych kursów ani zdawać egzaminów – wystarczy talent i powołanie. A jednak wszystko działa znakomicie, a ochrona praw konsumenta jest wzorcowa (każdy chyba słyszał czym jest tzw. Tabela Frankfurcka…) To jest to, co ciągle powtarzam – uchwalenie polskiej ustawy turystycznej w 1997 r. w części dotyczącej zabezpieczeń finansowych biur było zrozumiałe, natomiast stek paragrafów o urzędowych regulacjach kto gdzie może być pilotem, kto przewodnikiem itd. to cofnięcie się do biurokratycznego komunizmu i paranoja.

Choć nasza akcja dopiero raczkuje, już przychodzą pierwsze listy i jeden z nich chcę teraz zacytować:


Witam;
 
Od jakiegoś czasu mieszkam w Dreźnie, obecnie zamierzam się zająć m.in. organizacja ruchu turystycznego dla turystów niemieckich na terenie polskiej części Dolnego Śląska. Póki co – krótkie, tematyczne wycieczki rowerowe dla małych grup.

Z oczywistych względów nie mam możliwości uzyskania polskiej Państwowej Licencji Przewodnika. Naturalnie przystąpiłbym do państwowego egzaminu, żeby te uprawnienia zdobyć, ale w moim przypadku wiązałoby się to praktycznie z koniecznością zamieszkania we Wrocławiu czy Poznaniu – bo tam organizowane sa kursy-  przez okres ok 2 lat, a na to nie mam ani czasu, ani ochoty.
 
Posiadam zarejestrowaną w Niemczech dzialalność gospodarczą, również m.in. jako przewodnik. Jednak w związku z problemem, który porusza Pan na stronie, obawiam sie problemów, kontroli, mandatów itd (oczywiście w Polsce).
 
Co do sytuacji w Niemczech – wystarczył wpis do rejestru w tutejszym Meldestelle – koszt: 13 EUR. A rynek weryfikuje, czy jestem dobrym przewodnikiem, czy nie. Oczywiście, można się zrzeszać w różnych organizacjach przewodnickich, zdawać egzaminy, szkolenia itd.. Ale nie są one wymagane. Ot, po prostu.. kolejny element CV, dzięki któremu potencjalny klient wybierze wlaśnie mnie, a nie kogoś innego.

Na swoim blogu cytuje Pan pismo, jakie przesłała Panu Pani Yvonne Blümling. Czy mógłbym prosić o jego pełniejszą wersję, w szczególności chodzi mi o podstawę prawa europejskiego, na która ta pani sie powołuje w poszczególnych przypadkach? Myślę, że w przypadku ewentualnych problemów byłoby to pomocne. Smutne jest tylko to, ze podczas kontroli i zaistnienia ich konsekwencji (w rozumieniu polskiego prawa jak rozumiem byłbym karany, co uniemożliwia podjęcie w Polsce różnych zawodów związanych z turystyką a wymagających zaświadczenia o niekaralności) tracę wiarygodność również dla niemieckich klientów.
 
pozdrawiam
Przemek Jermaczek


http://www.niederschlesien.net
(polecam zajrzeć!)

Otóż Panie Przemku – cóż mogę poradzić jako starszy kolega w branży. Przede wszystkim nie zaprzątać sobie głowy myślami o jakichś bzdurach typu „państwowe egzaminy i uprawnienia”, tylko postarać się zdać najważniejszy egzamin ze swojego  biznesu – to jest przekonać Niemców do spędzenia urlopu rowerowego w Polsce. Co nie jest takie łatwe – bo raz, że bogactwo ofert na rynku niemieckim jest ogromne, dwa – Polska miała ostatnio przez Kaczyńskich bardzo złą prasę (o tym też będzie na blogu). A jeśli już się uda Panu chętnych na imprezy znaleźć – to przyjechać, zajmować się gośćmi, czuć się jak u siebie – w Unii Europejskiej, ostoi obywatelskich wolności. Wiarygodność straci Pan, jeśli nie wywiąże się wobec klientów z obiecanych świadczeń. A jeśli będzie Pan w Polsce zaczepiany i szykanowany przez durnych służbistów, to co najwyżej zyska Pan solidarność i współczucie grupy, choć oczywiście lepiej żeby to takich sytuacji nie dochodziło.

Wiem, że na Dolnym Śląsku kontrole były i są, proszę zajrzeć choćby tutaj, czytałem też o pilotce, bodajże z Kudowy ukaranej mandatem za przewodnictwo we Wrocławiu, bo tam nie miała „uprawnień”. Pewnie więc i Pan może być skontrolowany i ukarany 500-złotowym mandatem (ciekaw jestem, kto wymyślił wysokość grzywny, toż w ruchu drogowym trzeba stworzyć naprawdę poważne zagrożenie, żeby tyle zabulić). Proszę wczuć się w taką sytuację i pomyśleć: co jest do licha ciężkiego? To są moi goście, których ja swoją pasją, zaangażowaniem i wiedzą przekonałem, żeby zamiast na Teneryfę przyjechali do Polski! Zwiedzamy ten dziwaczny kraj, zostawiamy multum kasy w hotelach, restauracjach i innych przybytkach, ja organizuję im pobyt – za to goście zapłacili mi a nie jakiemuś dupkowi-urzędasowi, staremu komuchowi czy działaczowi pttk, cholera go wie, który wydaje jakieś tam „uprawnienia”.

Tak jak pisałem – lepiej żeby podczas wycieczki nie zdarzyły się żenujące akcje kontroli i przepychanek, żeby nie był Pan też zmuszany do płacenia za wynajęcie tzw.”słupa” czyli gościa który łazi z grupą po to tylko aby uniknąć mandatu. Jeszcze pół biedy jak jest cicho i nie przeszkadza. Nie jest to tylko Pana problem, już wkrótce opublikuję tu wywiad wideo z szefem jednego z największych biur niemieckich, organizujących przyjazdy do Polski, który opowiada jak był zmuszany do korzystania z usług przewodników, którzy nawet nie potrafili się porządnie wysłowić w obcym języku, a jego własnym opiekunom grupy zabraniano się odzywać!  Właśnie po to, aby zawczasu uniknąć takich problemów w kolejnym sezonie – rozpoczynamy naszą akcję i liczymy, że liberalni politycy z PO szybko uchylą te idiotyczne przepisy.

Treść dyrektywy 2005/36/WE jest po polsku tutaj list a okólnik informacyjny RDA z najnowszą jej interpretacją zamieszczam tu – kto zna niemiecki, niech sobie przeczyta. Polecam go przewrotnie tym co tak trzęsą portkami i na różnych forach wypisują: ależ prawo takie jest, trzeba go przestrzegać! Ja się tyle uczyłem/am na kursach, dlaczego ktoś ma mi robić konkurencję, mandatem go! I po co wam było pocić się na tych państwowych kursach,  egzaminach itp. skoro teraz w świetle prawa byle obcokrajowiec z innego państwa Unii może sobie do nas przyjechać i gdzie mu się podoba robić za przewodnika. Nawet Niemiec oprowadzać po Polsce polskie dzieci – przerażające, prawda?! Dyrektywa stawia tylko jedno drobne wymaganie – trzeba wykazać się dwuletnią praktyką w zawodzie, czyli – jak zinterpretowano – przez dwa turystyczne sezony. Sprawa jest świeża, więc nie ustalono jeszcze formalnych ram wydawania tych zaświadczeń, a ponieważ zawód Fremdenführera jest – jak to pięknie brzmi: nicht reglementiert, wystarczy świstek z jakiegoś biura, lokalnej organizacji, czy nawet własnoręczne oświadczenie – w końcu jak wolny zawód, to wolny zawód!  

Oczywiście, w świetle tego prawa również przykład Wiednia i Rzymu można dziś odesłać do lamusa. W ciągu ostatnich 2 lat było kilka spektakularnych procesów wygranych przed trybunałem w Strassburgu przez pilotów z Niemiec, Węgier itp. którym włoscy mafiozi wlepili mandaty. Proszę sobie np. przeczytać opis tego przypadku. Gdzie więc teraz frustraci szukać będą przykładów potwierdzających ich pojmowanie świata? Podpowiadam: Białoruś i Maroko. Napiszę o tym osobne notki.  

A na koniec zapraszam Państwa przed ekranik YouTube – obejrzyjcie mrożący krew w żyłach film, przedstawiający grupę nielegalnie (!), bez uprawnień (!!!) oprowadzanych turystów rowerowych z Niemiec na dolnym Śląsku. Tak! To jest prawdziwy hardkor, to jest dokument tej samej wagi  jakim byłby np. reportaż z nielegalnego spotkania Michnika i Havla w 1978r. na zielonej sudeckiej granicy, wymieniających się samizdatową bibułą.

Możliwość komentowania jest wyłączona.