Ucieczka do edenu odc. 2: Polska jak Maroko.

Przez ostatnie kilka dni miałem dużo innych zajęć i nie dodawałem notek, ale proszę o cierpliwość – szereg zapowiadanych, ważnych materiałów wkrótce się tu ukaże. Dziś takie naturalne uzupełnienie, oczywiste dla każdego, kto podróżuje po świecie: system paternalistycznego licencjonowania przewodnictwa, dzielenia przewodników na „legalnych” i „nielegalnych” to norma nie unijnej Europy, tylko arabskich krajów trzeciego świata. Co luzaccy przybysze z zachodniej cywilizacji traktują jako pożyteczny element lokalnego kolorytu pisząc np. Nielegalni przewodnicy nigdy nie prowadzą do największych meczetów, medres i suków, gdzie szanse wpadki są zbyt duże. Zamiast tego kluczą bocznymi uliczkami pokazując swoim klientom to, co najciekawsze – codzienne życie mieszkańców 250 tysięcznego starego miasta. Do tego są trzy razy tańsi od licencjonowanych. Wybór jest prosty. Wyruszamy spod Bab Bu Dżelud i szybko wkraczamy w labirynt bocznych uliczek, przejść, bram, podwórek i wszelkiej maści zakamarków. Mohammad opowiada o mieście, jego historii, mieszkańcach, o swojej rodzinie i pracy. Nie jest łatwo, sporo ryzykuje wykonując swoją profesję. Wszędzie czają się nieumundurowani agenci, a karą za oprowadzanie turystów bez licencji są dwa lata więzienia. Z czegoś trzeba jednak żyć. (Więcej tutaj.)

O „swobodnym” podejściu do ochrony praw człowieka w Maroku pisze także dzisiejsza prasa. Mamy więc kolejny kraj,  na którym wzorują się nasze władze miejskie i wojewódzkie, straże miejskie itp. Kolejny świetlany obiekt aspiracji naszych przewodników-frustatów  a właściwie w dużej części przewodniczek-frustratek, bo o ile pamiętam to głównie kobiety – kierowniczki stowarzyszeń przewodnickich najgłośniej awanturują się  w mediach, pomstując na „nielegalnych”. No ale tu się jednak wkrada pewien szkopuł. Skoro już się tak wzorować – wszakże wiemy jaka jest pozycja kobiety w tych krajach. Zawodowe włóczenie się po mieście z obcymi cudzoziemcami to coś, co jest dla muzułmanki niewyobrażalne. Więc jak? Może chociaż, drogie panie -  pozakładamy czadory? 

Warzecha na egzaminie u Urbana.

Temat  „nielegalnego przewodnictwa” w polskich mediach to od lat wyjątkowy przykład dziennikarskiej ingorancji i niedbalstwa. Pojawia się zwykle jak sasanka wiosną, w okolicach Świąt Wielkanocnych. Wtedy miejska turystyka zaczyna ożywać a cieplejsza aura zachęca do wyjścia na ulicę także tych, którch życiowym powołaniem jest kontrolowanie. Następują telefony do gazet, uczynny dziennikarz spisuje skargi sfrustrowanych środowisk, że należy karać bo wszędzie „w Unii Europejskiej tak jest”  bo nielegalni „zabierają pracę a mówią ludziom bzdury” itepe itede. Nikomu nie chce się dociekać prawdy, poznawać regulacje innych krajów, czy choćby przeczytać sobie tą oto notkę w wikipedii. Potem czasem ukazuje się jakiś list wyjaśniający, przedstawienie sprawy z innego punku widzenia (polecam np. zajrzeć tutaj). W ostatnich latach, wraz  z upowszechnieniem  internetu na forach pod artykułami pojawiają się głosy oburzonych obywateli, którym nie chce się wierzyć, że taki relikt komunizmu wciąż w polskim prawie istnieje. Ale na tym sprawa się kończy. Nie ma żadnej dalszej analizy, pytań do polityków itp. Temat traktowany jest w charakterze newsa ogórkowego, a nie problemu, który naraża nasz kraj na utratę sporych dochodów, a wiele osób pozbawia szans na ciekawą i dobrą pracę.

Czy ten i ów dziennikarz (choć chciałoby się użyć mniej chwalebnych określeń tego rzemiosła),  przepisujący bladolenia, że nikomu bez 2-letnich kursów i państwowych egzaminów nie wolno opowiadać grupce osób na ulicy, czegoś o historii miasta, nigdy nie pomyślał – że sam może uprawiać dziennikarstwo jako wolny zawód? I mieć do dyspozycji tysiąckrotnie większą propagandową tubę w postaci prasy, radia i TV? Kilkakrotnie pisałem o tym w listach do gazet i napiszę jeszcze raz: gdyby w 1997r. w prawie prasowym przywrócono podobne regulacje jak w prawie turystycznym, wszyscy dziennikarze, których kariery zawodowe rozpoczęły się w wolnej Polsce, musieliby – niezależnie od swoich rzeczywistych umiejętności – przerwać uprawianie zawodu, iść na kursy i zdać egzaminy u tych którzy te uprawnienia mieli przez 1989r. czyli np. u redaktorów Trybuny Ludu.

Jako człowiek o określonych gustach intelektualnych brukowców nie kupuję, czasem pośmieję się z rubryki w której „Wyborcza” naigrywa się z prostactwa „Faktu”. Tym bardziej pozytywnie zaskoczył mnie tekst autorstwa Łukasza Warzechy, politycznego komentatora tej bulwarówki, pt. „Przewodnicy i  paranoiczny paternalizm…>” To jest jak na razie pierwszy i jedyny tekst, napisany w Polsce przez zawodowego dziennikarza, w którym autor zaczyna się zastanawiać, że coś jest chyba nie tak. Szkoda, że na tym zastanawianiu się kończy. Panu Łukaszowi nie chciało się paru kliknięciami w sieci sprawdzić, że przewodnickie absurdy reguluje nie żadne „ministerialne rozporządzenie” tylko akty wyższego rzędu – ustawa i kodeks wykroczeń. Że przewodnicy nie tylko „W niektórych miastach” muszą mieć licencje,  ale różne uprawnienia wydaje się na każdą przysłowiową Kozią Wólkę, a i pilotowanie grup objazdowych nie jest dozwolone bez innego rodzaju papierów. Autor nie ma pojęcia o wielu faktach (przez małe f) o których – gdyby wiedział, pewnie napisałby poważniejszy artykuł a nie luzacką, blogową notkę. No ale może bulwarówki takich tematów nie podejmują. Chociaż naga panienka na ostatniej stronie mogła by się sprawdzić jako „nielegalna przewodniczka”, czyż nie?
Łukasz Warzecha
Nie można jednak bloggerowi „Salonu24″ odmówić zdolności proroczych. Mam na myśli fragment o kabareciarzach: „to czemu nie wprowadzić licencji np. dla artystów kabaretowych? Przecież nie każdy artysta kabaretowy naprawdę nas rozśmiesza. Jeśli zapłacimy za bilety na występ nieśmiesznego kabareciarza, to stracimy pieniądze. Państwo powinno nas przed tym chronić… itd” Tekst był pisany w kwietniu 2007. A zaraz potem w czerwcu miał miejsce festiwal w Opolu, a na nim – nudny, ustawiany pod gusta PiS-owskich działaczy kabareton, na którym publiczność wygwizdała wazeliniarskiego Rosiewicza. Śmieszne, prawda?

Tego bloga zacząłem pisać w styczniu. Do Wielkanocy mamy jeszcze trochę czasu.

Ucieczka do edenu odc. 1: Polska jak Białoruś.

Postępująca liberalizacja w UE, również w kilku krajach na południu Europy, które dotąd służyły za wyświechtany przykład, musi przyprawiać o ból głowy tych, co twierdzą, że „grupa” nie ma prawa zrobić kroku bez miejscowego, licencjonowanego przewodnika udzielającego „fachowych informacji”. Ale przecież na zgniłej Unii świat się nie kończy, a budujące przykłady można znaleźć… tuż za miedzą! Oczywiście nie tą miedzą południową i zachodnią, z której właśnie poznikały ostatnie szlabany i kontrole.

Na stronie o jakże podobnym do nas tytule wolnabialorus.pl, znajdujemy kilka notatek prasowych opisujących, jak tamtejsza milicja fachowo rozprawia się z wrednym opozycjonistą Milinkiewiczem. Wśród nich szczególnie interesująca jest taka:


1 grudnia Milinkiewicz zamierzał przejść się z grupą około 40 osób po Grodnie. Miała być to wycieczka – opozycjonista, były wicemer Grodna, miał opowiadać o zabytkach miasta. Milicja stwierdziła jednak, że grupy mogą oprowadzać tylko zawodowi przewodnicy. Prywatnie wolno opowiadać o mieście najwyżej sześciu osobom.
Było to pewnie  dość głośnie wydarzenie,  bo czytamy o nim również na stronie bialorus.pl: Milicjanci powiedzieli, że Milinkiewicz zorganizował nielegalne zgromadzenie, za co zostanie pociągnięty do odpowiedzialności.

I niech się schowają ci, którzy twierdzą, że na Białorusi jest gorzej. Ba! jest nawet lepiej. Ponieważ u nas za nielegalne zbiegowisko uznaje się grupę bez przewodnika w liczbie osób dziesięciu a tam – już sześciu, to jest konkretnie 10/6 = 1,66666 razy lepiej!

Komu rosną rogi?

Proszę koniecznie przeczytać dzisiejszy artykuł w „Wyborczej” o krakowskich kantorach, które naciągają turystów na zaniżone kursy skupu walut. Takie ot prostackie triki, przestawianie cyferek, bo a nuż jakiś jeleń, czyli np. podpity Anglik wymieniający pośpiesznie kolejny banknot na kolejną porcję drinków się nie zorientuje i da się orżnąć na paredzesiąt złotych. Praktyka zresztą – jak piszą czytelnicy na forum – powszechna w turystycznych miastach Włoch. Które jak wiadomo (patrz notka niżej) są w mniemaniu niektórych ostoją turystycznej praworządności, bo kultywują tradycję ścigania i karania wysokimi mandatami „nielegalnych przewodników”. Przyłapani kantorowcy robią minę niewinnego baranka i tłumaczą: Mam wolny rynek i sam ustalam, ile zapłacę. To moja sprawa, po jakim
kursie skupuję walutę.

Oczywiście daleki  jestem od  obrony cwaniactwa, uważam zresztą że chytry dwa razy traci. Sam idę czasem wymienić parę euro, widzę takie kantory z podfałszowanymi kursami i omijam je szerokim łukiem, niosąc forsę do tych, w których „widełki” są normalne. Ale cóż, może Floriańską spaceruje w dużych ilościach pewien specyficzny gatunek zwierzyny parzystokopytnej, na który poluje równie specyficzny gatunek – myśliwych to za mocno powiedziane, powiedzmy – pasożytów.

Chciałbym się natomiast skupić na formalno-prawnej stronie zagadnienia. Co odpowiada państwowy urzędnik od ochrony konkurencji i konsumentów? Postępowanie właścicieli kantorów może się nie podobać, ale mieści się
w granicach prawa. Konsument musi być po prostu uważny i ostrożny.

Proszę sobie teraz dla porównania przypomnieć parę artykułów z wiosny zeszłego roku, na przykład ten…>  ten…> a także ten…> sprzed dwóch lat.

No i widzicie Państwo, w mniemaniu naszych władz przed orżnięciem na kasę w majestacie prawa turysta bronić musi się sam. Ale jego ochrona przed przypadkowym wysłuchaniem jakiejś złej informacji historycznej jest tak ważna, że wymaga robienia cyrku policyjnych polowań, awantur i mandatów.

Niemcy, odsłona pierwsza: „Licencja przewodnicka” za 13 euro.

Jednym z najbardziej oburzających argumentów, jakiego w mediach używają obrońcy licencjonowania to: „a bo tak jest też w innych krajach, na przykład…” i tu jako przykład podaje się od równo dziesięciu lat – wciąż, jeden, niezmiennie ten sam: Wiedeń i miasta Włoch, gdzie za nielegalne oprowadzanie łupie się ponoć wysokie kary (jak jest naprawdę – patrz niżej), więc u nas też tak trzeba.

Ja się zawsze zastanawiałem, czy ci spece od prawnych regulacji organizowali tylko i wyłącznie wycieczki do tych paru punktów na mapie? Czy np. nikt z tysięcy ludzi pracujących w „przyjazdówce” nie zauważył,  że osoby pilotujące grupy z zachodniej Europy itp. nie muszą mieć żadnych blach, legitymacji, państwowych uprawnień itp?  

Spójrzmy na Niemcy, najbliższy nam kraj zachodni i jednocześnie jeden z największych rynków turystycznych świata, co najmniej kilkadziesiąt razy większy od polskiego. Kraj o wielkich tradycjach – że wspomnę choćby „Ruch Wędrownych Ptaków” (Wandervögelbewegung) – prekursorów trampingu i krajoznawstwa. Miliony Niemców co roku biorą udział w zorganizowanych wyjazdach. To wszystko działa bez jakiejkolwiek regulacji w zakresie pilotażu i przewodnictwa. Każdy, w każdym regionie czy mieście Niemiec może  bawić się w „przewodnika”. Każdy może sobie zebrać sobie grupę turystów i robić za „pilota”. Nie musi robić żadnych kursów ani zdawać egzaminów – wystarczy talent i powołanie. A jednak wszystko działa znakomicie, a ochrona praw konsumenta jest wzorcowa (każdy chyba słyszał czym jest tzw. Tabela Frankfurcka…) To jest to, co ciągle powtarzam – uchwalenie polskiej ustawy turystycznej w 1997 r. w części dotyczącej zabezpieczeń finansowych biur było zrozumiałe, natomiast stek paragrafów o urzędowych regulacjach kto gdzie może być pilotem, kto przewodnikiem itd. to cofnięcie się do biurokratycznego komunizmu i paranoja.

Choć nasza akcja dopiero raczkuje, już przychodzą pierwsze listy i jeden z nich chcę teraz zacytować:


Witam;
 
Od jakiegoś czasu mieszkam w Dreźnie, obecnie zamierzam się zająć m.in. organizacja ruchu turystycznego dla turystów niemieckich na terenie polskiej części Dolnego Śląska. Póki co – krótkie, tematyczne wycieczki rowerowe dla małych grup.

Z oczywistych względów nie mam możliwości uzyskania polskiej Państwowej Licencji Przewodnika. Naturalnie przystąpiłbym do państwowego egzaminu, żeby te uprawnienia zdobyć, ale w moim przypadku wiązałoby się to praktycznie z koniecznością zamieszkania we Wrocławiu czy Poznaniu – bo tam organizowane sa kursy-  przez okres ok 2 lat, a na to nie mam ani czasu, ani ochoty.
 
Posiadam zarejestrowaną w Niemczech dzialalność gospodarczą, również m.in. jako przewodnik. Jednak w związku z problemem, który porusza Pan na stronie, obawiam sie problemów, kontroli, mandatów itd (oczywiście w Polsce).
 
Co do sytuacji w Niemczech – wystarczył wpis do rejestru w tutejszym Meldestelle – koszt: 13 EUR. A rynek weryfikuje, czy jestem dobrym przewodnikiem, czy nie. Oczywiście, można się zrzeszać w różnych organizacjach przewodnickich, zdawać egzaminy, szkolenia itd.. Ale nie są one wymagane. Ot, po prostu.. kolejny element CV, dzięki któremu potencjalny klient wybierze wlaśnie mnie, a nie kogoś innego.

Na swoim blogu cytuje Pan pismo, jakie przesłała Panu Pani Yvonne Blümling. Czy mógłbym prosić o jego pełniejszą wersję, w szczególności chodzi mi o podstawę prawa europejskiego, na która ta pani sie powołuje w poszczególnych przypadkach? Myślę, że w przypadku ewentualnych problemów byłoby to pomocne. Smutne jest tylko to, ze podczas kontroli i zaistnienia ich konsekwencji (w rozumieniu polskiego prawa jak rozumiem byłbym karany, co uniemożliwia podjęcie w Polsce różnych zawodów związanych z turystyką a wymagających zaświadczenia o niekaralności) tracę wiarygodność również dla niemieckich klientów.
 
pozdrawiam
Przemek Jermaczek


http://www.niederschlesien.net
(polecam zajrzeć!)

Otóż Panie Przemku – cóż mogę poradzić jako starszy kolega w branży. Przede wszystkim nie zaprzątać sobie głowy myślami o jakichś bzdurach typu „państwowe egzaminy i uprawnienia”, tylko postarać się zdać najważniejszy egzamin ze swojego  biznesu – to jest przekonać Niemców do spędzenia urlopu rowerowego w Polsce. Co nie jest takie łatwe – bo raz, że bogactwo ofert na rynku niemieckim jest ogromne, dwa – Polska miała ostatnio przez Kaczyńskich bardzo złą prasę (o tym też będzie na blogu). A jeśli już się uda Panu chętnych na imprezy znaleźć – to przyjechać, zajmować się gośćmi, czuć się jak u siebie – w Unii Europejskiej, ostoi obywatelskich wolności. Wiarygodność straci Pan, jeśli nie wywiąże się wobec klientów z obiecanych świadczeń. A jeśli będzie Pan w Polsce zaczepiany i szykanowany przez durnych służbistów, to co najwyżej zyska Pan solidarność i współczucie grupy, choć oczywiście lepiej żeby to takich sytuacji nie dochodziło.

Wiem, że na Dolnym Śląsku kontrole były i są, proszę zajrzeć choćby tutaj, czytałem też o pilotce, bodajże z Kudowy ukaranej mandatem za przewodnictwo we Wrocławiu, bo tam nie miała „uprawnień”. Pewnie więc i Pan może być skontrolowany i ukarany 500-złotowym mandatem (ciekaw jestem, kto wymyślił wysokość grzywny, toż w ruchu drogowym trzeba stworzyć naprawdę poważne zagrożenie, żeby tyle zabulić). Proszę wczuć się w taką sytuację i pomyśleć: co jest do licha ciężkiego? To są moi goście, których ja swoją pasją, zaangażowaniem i wiedzą przekonałem, żeby zamiast na Teneryfę przyjechali do Polski! Zwiedzamy ten dziwaczny kraj, zostawiamy multum kasy w hotelach, restauracjach i innych przybytkach, ja organizuję im pobyt – za to goście zapłacili mi a nie jakiemuś dupkowi-urzędasowi, staremu komuchowi czy działaczowi pttk, cholera go wie, który wydaje jakieś tam „uprawnienia”.

Tak jak pisałem – lepiej żeby podczas wycieczki nie zdarzyły się żenujące akcje kontroli i przepychanek, żeby nie był Pan też zmuszany do płacenia za wynajęcie tzw.”słupa” czyli gościa który łazi z grupą po to tylko aby uniknąć mandatu. Jeszcze pół biedy jak jest cicho i nie przeszkadza. Nie jest to tylko Pana problem, już wkrótce opublikuję tu wywiad wideo z szefem jednego z największych biur niemieckich, organizujących przyjazdy do Polski, który opowiada jak był zmuszany do korzystania z usług przewodników, którzy nawet nie potrafili się porządnie wysłowić w obcym języku, a jego własnym opiekunom grupy zabraniano się odzywać!  Właśnie po to, aby zawczasu uniknąć takich problemów w kolejnym sezonie – rozpoczynamy naszą akcję i liczymy, że liberalni politycy z PO szybko uchylą te idiotyczne przepisy.

Treść dyrektywy 2005/36/WE jest po polsku tutaj list a okólnik informacyjny RDA z najnowszą jej interpretacją zamieszczam tu – kto zna niemiecki, niech sobie przeczyta. Polecam go przewrotnie tym co tak trzęsą portkami i na różnych forach wypisują: ależ prawo takie jest, trzeba go przestrzegać! Ja się tyle uczyłem/am na kursach, dlaczego ktoś ma mi robić konkurencję, mandatem go! I po co wam było pocić się na tych państwowych kursach,  egzaminach itp. skoro teraz w świetle prawa byle obcokrajowiec z innego państwa Unii może sobie do nas przyjechać i gdzie mu się podoba robić za przewodnika. Nawet Niemiec oprowadzać po Polsce polskie dzieci – przerażające, prawda?! Dyrektywa stawia tylko jedno drobne wymaganie – trzeba wykazać się dwuletnią praktyką w zawodzie, czyli – jak zinterpretowano – przez dwa turystyczne sezony. Sprawa jest świeża, więc nie ustalono jeszcze formalnych ram wydawania tych zaświadczeń, a ponieważ zawód Fremdenführera jest – jak to pięknie brzmi: nicht reglementiert, wystarczy świstek z jakiegoś biura, lokalnej organizacji, czy nawet własnoręczne oświadczenie – w końcu jak wolny zawód, to wolny zawód!  

Oczywiście, w świetle tego prawa również przykład Wiednia i Rzymu można dziś odesłać do lamusa. W ciągu ostatnich 2 lat było kilka spektakularnych procesów wygranych przed trybunałem w Strassburgu przez pilotów z Niemiec, Węgier itp. którym włoscy mafiozi wlepili mandaty. Proszę sobie np. przeczytać opis tego przypadku. Gdzie więc teraz frustraci szukać będą przykładów potwierdzających ich pojmowanie świata? Podpowiadam: Białoruś i Maroko. Napiszę o tym osobne notki.  

A na koniec zapraszam Państwa przed ekranik YouTube – obejrzyjcie mrożący krew w żyłach film, przedstawiający grupę nielegalnie (!), bez uprawnień (!!!) oprowadzanych turystów rowerowych z Niemiec na dolnym Śląsku. Tak! To jest prawdziwy hardkor, to jest dokument tej samej wagi  jakim byłby np. reportaż z nielegalnego spotkania Michnika i Havla w 1978r. na zielonej sudeckiej granicy, wymieniających się samizdatową bibułą.

Akcja reloaded

Witam ponownie. Po chwilowej przerwie – rozkręcamy akcję dalej. Proszę tu zaglądać częściej, niemal codziennie będą dodawane nowe newsy, także materiały video. Dzisiaj:

1. Uruchomiłem stronę www.bird.pl/wolneprzewodnictwo. Blog jest wygodny do szybkiego wrzucania newsów i komentowania, ale najważniejsze informacje, i linki będę dodatkowo zbierał na tej właśnie stronie.

2. W związku z ukonstytuowaniam się komisji „Przyjazne Państwo” zredagowałem na nowo i przesłałem list-manifest o poniższej treści:

===================================

Kraków, dnia 20. stycznia 2007

Nadzwyczajna Komisja Sejmowa „Przyjazne Państwo”
ul. Wiejska 4/6/8
00-902 Warszawa

Niniejszym zgłaszam wniosek o liberalizację prawa turystycznego – zniesienie obowiązku państwowego licencjonowania usług pilockich i przewodnickich, oraz nie karanie osób, które świadczą owe usługi w ramach wolnego zawodu i szkolą się samodzielnie lub w ramach wewnętrznych szkoleń firm turystycznych .

Przepisy o których piszę, są częścią ustawy uchwalonej przez koalicję SLD-PSL w 1997 r. która zlikwidowała gwarantowaną przez ustawodawstwo rządu Rakowskiego i Wilczka wolność zawodu pilota/przewodnika,  przywracając regulacje podobne do tych, jakie istniały przed 1989 r. i wbudowane były w system kontroli totalitarnego państwa nad wszelką obywatelską aktywnością.

Za ich wprowadzeniem lobbowały środowiska wywodzące się z dawnych PRL-owskich struktur, obawiające się konkurencji młodych duchem, prężnych firm i usługodawców, którzy rozpoczęli swoją przygodę z turystyką w warunkach wolnego rynku. Uchwalaniu nowego prawa towarzyszyła dezinformacja opinii publicznej. Wmawiano, że licencjonowanie jest europejską normą, powołując się na przykłady Wiednia, miast włoskich, krajów śródziemnomorskich, gdzie ogromny napływ turystów i paternalistyczne tradycje przyczyniły się do powstania gildii broniących dostępu do lukratywnego zawodu. Zatajano, że w większości krajów zachodnioeuropejskich (m.in. Niemcy, Wlk Brytania) przewodnictwo i pilotaż są wolnym zawodem. Że – podobnie jak w dziesiątkach zawodów rzemieślniczych, artystycznych, dziennikarskich itp. ukończenie państwowych kursów nie jest obowiązkowe a zrzeszanie się, certyfikaty mają charakter dobrowolny i ostateczna wartość zawodowa weryfikowana jest przez wolny rynek.

Rychło okazało się, że uchwalone przepisy są nieżyciowe, nie dostosowane do nowoczesnego rynku usług a próby ich rygorystycznego egzekwowania przynoszą szkodę turystyce, zmuszają firmy do ponoszenia niepotrzebnych kosztów, uwłaczających procedur (m.in. tzw. „wynajmowanie słupa”) i psują wizerunek Polski. Służby mundurowe przeprowadzają kontrole interpretując prawo ad absurdum, żądają uprawnień od kogokolwiek, kto pracuje z turystami bądź sprawia takie wrażenie np. pokazując zabytki, i w razie ich braku – karze mandatami. Kontrole te nie są nigdy inicjowane przez rzekomo pokrzywdzonych turystów, ale zawsze przez sfrustrowanych członków zrzeszeń zawodowych, którzy otrzymują policyjne uprawnienia do zaczepiania niewinnych gości w publicznych miejscach. W kwietniu 2007 głośnym echem odbiła się w mediach żenująca historia ukarania w Krakowie mandatem turystów z Włoch, za czytanie na głos książkowego przewodnika.

Kuriozalne drobiazgowe przepisy, żądające od każdego chcącego zajmować się w Polsce przewodnictwem turystów – wielomiesięcznych kursów i zdania państwowych egzaminów nie pozwalają błyskawicznie wcielać w życie nowych i świeżych inicjatyw biznesowych,  niezbędnych dla rozwoju rynku. Ludzie z pomysłami, którzy znajdują klientów na swój nowy i ciekawy produkt zmuszeni są obchodzić prawo rejestrując swoje firmy jako „doradztwo osobiste” czy  „grupa artystyczno-reklamowa” jak np. znana firma Crazyguides z Krakowa. W szczycie sezonu do obsługi licznych gości nie można znaleźć odpowiedniej liczby pilotów z uprawnieniami. Dotyka to szczególnie organizatorów nowatorskich form turystyki jak np. imprezy rowerowe czy wyprawy przyrodnicze. Praktyką stosowaną w krajach zachodnich jest zatrudnianie chętnych entuzjastów po kilkudniowym szkoleniu i praktyce w firmie touroperatora, które w zupełności wystarcza do opanowania  rzemiosła. W Polsce jest to szansa na pracę dla młodych ludzi powracających z emigracji. Ich znajomość języków, liberalnych obyczajów, otrzaskanie ze stylem pracy w sektorze usług na Zachodzie – są tu nieporównanie cenniejsze, niż godziny nudnych wykładów PRL-owskich działaczy. Ale cóż, za taką praktykę polska firma może być ukarana – np. na skutek donosu zawistnej konkurencji – mandatem, a teoretycznie i utratą koncesji, zrujnowaniem biznesu – dorobku całego życia. Nie wspominając o stratach z tytułu zmniejszenia przyjazdów do Polski, zerwania kontraktów itp.

Z chwilą wejścia Polski do struktur unijnych, przepisy regulujące świadczenie usług pilockich i przewodnickich stają się prawdziwym reliktem komunizmu i bublem prawnym najwyższego kalibru. Dyrektywa 2005/36/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 7. września 2005 r. w sprawie uznawania kwalifikacji zawodowych, zezwala na podjęcie w Polsce pracy pilota/przewodnika np. obywatela Niemiec, który w swoim kraju nie musi zdobywać żadnych formalnych uprawnień. Jakże uwłaczające i dyskryminujące jest to wobec Polaka, któremu we własnym kraju nie wolno tego robić bez ukończenia wielomiesięcznych (a niekiedy nawet 2-letnich) kursów i zdania państwowych egzaminów.

List ten piszę dziś w imieniu swoim – jako właściciel działającego od 1990 przedsiębiorstwa Bird Service.  Jestem m.in. największym organizatorem rowerowej turystyki przyjazdowej w Małopolsce, autorem wielu oryginalnych, dobrze sprzedających się produktów turystycznych. Piszę zmęczony tym, jak bzdurne i  antyliberalne prawo utrudnia mi rozwój firmy i uniemożliwia legalny nabór pracowników. Rozpoczynam jednocześnie akcję społeczną „wolne przewodnictwo”, publikację szczegółowych materiałów na stronach www.bird.pl/wolneprzewodnictwo oraz na blogu www.wolneprzewodnictwo.blog.pl po to aby zebrać pod tym wnioskiem więcej podpisów i unaocznić opinii publicznej bezsens uchwalonej przez postkomunistów ustawy.

Mam nadzieję, że w nowych warunkach politycznych będzie wreszcie możliwa jej zmiana i Polska znów – w dziedzinie przewodnictwa turystycznego, dołączy do rodziny wolnych krajów europejskich. W których wolność oprowadzania wycieczek, dzielenia się informacjami krajoznawczymi itp. jest powszechnym, ludzkim prawem.

Maciej Zimowski
BIRD SERVICE
Kraków, ul. Św. Krzyża 17
Tel (0-12) 2921460
e-mail bird@bird.pl

Witaj sieciowy wędrowcze,

który trafiłeś tutaj wiedziony wolnymi i nieskrępowanymi ścieżkami netu. Ten skromny blog jest początkiem inicjowanej przez mnie akcji obywatelskiej, która – mówiąc krótko, ma na celu:

1. Natychmiastowe zaprzestanie policyjnych kontroli grup turystycznych i karania osób je obsługujących, czyli – jak czasem pisze prasa – ścigania tzw. „nielegalnych przewodników”

2. W dalszej perspektywie – nowelizacja ustawy turystycznej i wykreślenie z niej wszelkich urzędowych regulacji i ograniczeń odnośnie uprawiania zawodu przewodnika czy pilota turystycznego w miejscach publicznych.

Już wkrótce opublikuję zestawienie materiałów prasowych i relacji które unaocznią opinii publicznej szokujący proceder jaki uprawia się w naszym kraju. Na skutek pojedynczych donosów sfrustrowanych działaczy starej daty, z tytułu bzdurnych argumentów – administracja państwowa uruchamia siły policyjne aby: gwałcić konstytucyjne prawa wolności obywatelskiej, łamać zakaz cenzury, hamować rozwój nowoczesnego rynku usług, szykanować osoby z twórczą fantazją i pożyteczną biznesową inicjatywą, wreszcie – psuć wizerunek Polski w świecie. Co ważne – dokonuje się tego nie w imię rzeczywistych intencji ustawodawcy, czyli ochrony konsumenta, tylko na opak – aby utrzymywać monopol uprzywilejwanej grupki i armię urzędników. 

W zeszłych latach niejednokrotnie dawałem temu wyraz w listach do prasy. Tym razem, mam nadzieję – w sprzyjającej sytuacji politycznej nastał czas na konkretniejsze działania i wykazanie się obywatelską postawą: Zebranie grupy inicjatywnej, zredagowanie petycji do władz, mobilizacja mediów, opieka prawna wobec osób szykanowanych i ukaranych, zbieranie podpisów, wreszcie akcje bezpośrednie – ulotki wręczane strażnikom miejskim, uruchomienie telefonu alarmowego dla poszkodowanych turystów, akcje obywatelskiego nieposłuszeństwa, ośmieszające happeningi wzorem dawnej pomarańczowej alternatywy  itp.

Impulsem do założenia tego bloga, były doniesienia o powołaniu sejmowej komisji „Przyjazne Państwo”. Intensywniejsze działania planuję rozpocząć w drugiej połowie stycznia (teraz wyjeżdżam na targi zagraniczne). Jeśli jednak ktoś już  tutaj trafił i chce zadeklarować pomoc – proszę o kontakt.

Maciej Zimowski
Kraków
e-mail: bird@bird.pl

=====================

Jeszcze tylko krótki news z ostatniej chwili  (9.01)

Jako członek
stowarzyszenia RDA-International Bustouristik Verband w Kolonii otrzymałem
dzisiaj od Pani Yvonne Blümling pismo-okólnik, które na szybko po
polsku streszczam – ku uwadze tym, którzy gardłują jakoby licencjonowanie usług przewodnickich i karanie „nielegalnych” było powszechną praktyką na Zachodzie.

20 Października 2007 weszło w życie rozporządzenie Unii Europejskiej 2005/36/EG w sprawie uznania kwalifikacji zawodowych.

Działalność
niemieckich pilotów i przewodników we wszystkich krajach Unii dzięki
temu rozporządzeniu jest niczym nieograniczona. Piloci i przewodnicy
świadcząc usługi za granicą nie muszą się ubiegać o żadne licencje czy
zezwolenia. Dotyczy to w szczególności miejsc atrakcyjnych
turystycznie, których zwiedzanie według praw lokalnych było do tej pory
możliwe jedynie z miejscowym przewodnikiem. Uprzedzamy jednak, że
pomimo tego rozporządzenia, nadal możliwe są ograniczenia w niektórych
obiektach zamkniętych jak kościoły, muzea itp.

Ponieważ w
Niemczech zawód zawód pilota/przewodnika nie jest w żaden sposób
oficjalnie regulowany ani reglamentowany, sugerujemy wziąć do obcego
kraju jakieś zaświadczenie, że wykonywało się go przez min 2 sezony w ciągu
ostatnich 10 lat. Nasze stowarzyszenie chętnie pomoże w wystawieniu takiego dokumentu.

Hmm, może zmienić obywatelstwo na niemieckie (albo przynajmniej udawać Niemca w razie kontroli) i wtedy bez problemu oprowadzać wycieczki po Krakowie? Chyba jednak nie tędy droga .