Matołku, naprawdę myślisz że klient cię nie zweryfikuje? 2012-01-29 16:28:13

Z pism opublikowanych na anty-deregulacyjnej stronie wybrałem najczęściej powtarzające się argumenty przeciw deregulacji i skontrowałem je. Zapraszam:
wolnezawody.org/kontrargumenty.html


Jeśli ktoś doczyta dokument do końca, zauważy, że nie wszystkie tezy w tych pismach uznałem za błędne. Też mianowicie uważam, że państwo nie musi odżegnywać się od promocji dobrych usług przewodnickich. Tylko oczywiście w sposób nieprzymusowy. I tak się składa, że przecież w Krakowie mamy piękny przykład współpracy Urzędu Miasta Krakowa i prywatnych, jak najbardziej nieregulowanych podmiotów gospodarczych, świadczących usługi turystom. Jaki? Ano taki.

I tyle miłych słów. Reszta to niestety dramat. A raczej komediodramat. Mogę zrozumieć wiele zabiegów lobbingowych na rzecz utrzymania przywilejów - fałszowanie informacji o realiach w innych krajach, naginanie zapisów ustawy, megalomanię, mafijne praktyki ograniczające dostęp do zawodu, uzurpowanie sobie praw "policji politycznej"... to wszystko słyszałem i czytałem dziesiątki razy. Nie wyobrażałem sobie jednak, że bezczelność niektórych jednostek może dojść do takiego poziomu, że zechcą odmówić klientowi prawa do weryfikacji kupowanych za własne pieniądze usług. Czy Pan Piotr Lisowski, który twierdzi, że "turysta ma jednorazowy kontakt z przewodnikiem i najczęściej nie przekazuje informacji zwrotnej" nie wie że każde porządne biuro rozdaje swoim klientom ankiety? Przykłady takich dokumentów publikowałem niedawno - (skan) i (skan). A jeśli chce zobaczyć inny przykład dostępnej publicznie "informacji zwrotnej" niech sobie wpisze w google nazwisko "Olga Fendrych" i zobaczy która strona wyskoczy na pierwszym miejscu.

Już pominę, że publikowanie takich wynurzeń, jako oficjalnego stanowiska Stowarzyszenia, może mieć cechy zabronionej prawem praktyki rynkowej. A UOKiK już nie raz dał różnym gildiom przewodnickim po nosie. W tej całej "Federacji Pilotażu i Przewodnictwa" jest ponoć zrzeszonych kilka, czy nawet kilkanaście tysięcy osób. Czy wszyscy z nich to takie za przeproszeniem matołki, wyznające pogląd że można we własnym imieniu, otwartym tekstem głosić każdą, największą bzdurę, byle tylko uzasadnić przymus posiadania przewodnickich i pilockich licencji? 

skomentuj (0)

Historia deregulacji - przypomnienie 2012-01-28 16:22:12

Przede mną kolejny dzień społecznej pracy, choć będzie to praca łatwa i przyjemna - przygwożdzenie kontrargumentami tych, którzy wytaczają działa, a raczej kapiszony przeciwko deregulacji. Do jakiego stopnia są to dowody kompletnego oderwania od rzeczywistości, świadczą oficjalnie formułowane zarzuty, że Rząd Rzeczpospolitej tworzy prawo na skutek "działań pana Zimowskiego" albo przygody jaka przytrafiła się znajomemu Ministra Gowina.

Jest to oczywiście bzdura, plany deregulacyjne są kolejnym etapem złożonego procesu. Chciałbym więc krótko przypomnieć kalendarium wydarzeń, które były opisywane i komentowane na tym blogu:

- 10 maja 2007 roku Senat RP odrzucił uchwaloną przez Sejm nowelizację Ustawy o rzemiośle, nakładającą na przedstawicieli około 200 zawodów (np. fryzjerów, kucharzy, szewców, krawców, blacharzy, lakierników itp.) obowiązek zdawania egzaminu zawodowego. W uchwale stwierdzono m.in. że "nie wiadomo, jaki interes publiczny, o którym mowa w art 22 Konstytucji miałby przemawiać za wprowadzeniem reglamentacji w dostępie do zawodów rzemieślniczych".

- W sierpniu 2008 pojawił się w Sejmie projekt (także niezrealizowany) uregulowania 23 zawodów okołomedycznych, np. masażysty, fizjoterapeuty, dietetyka. Wywołało to  po raz pierwszy na taką skalę - dyskusje o szkodliwym przeregulowaniu gospodarki, media alarmowały że zawodowo cofamy się do średniowiecza. Odtąd też, za każdym razem wspominano o przewodnikach turystycznych jako sztandarowym, ikonicznym przypadku, niepotrzebnych, nieżyciowych i szkodliwych regulacji. Szczególnie głośny był przypadek nagonki na krakowskie biuro Crazy Guides.    

- W latach 2009-2010 trwała m.in. inicjowana przez PiS kampania na rzecz otwarcia zawodów prawniczych. Wszelkie nowe zakusy regulacyjne wobec innych zawodów (np. dziennikarza) odrzucano. Szególnie groteskowym, wyśmiewanym przykładem był przygotowany przez... PSL projekt ustawy o zawodzie aktora. Podczas prac nowelizacyjnych zderegulowano np. zawody okołosportowe, jak instruktor rekreacji ruchowej. Pędząca wcześniej zasapana "regulacyjna lokomotywa" stanęła i rozpoczęła powoli jazdę w drugą stronę.

- We wrześniu 2011 ukazał się alarmujący raport Fundacji Republikańskiej, postulujący otwarcie zawodów, m.in. przewodnika turystycznego. Poseł PO przyznał, że politykom zabrakło determinacji w rozwiązywaniu tego problemu. (Więcej tutaj). W trakcie kampanii wyborczej także PiS i Ruch Palikota opowiadały się za potrzebą otwarcia zawodów, likwidacji niepotrzebnych zezwoleń i licencji.

- Listopad 2011 - Po wyborach, partie opowiadające się za deregulacją zajęły absolutną większość w Sejmie, premier zapowiedział otwarcie połowy zawodów regulowanych. Kolejne doniesienia w najnowszych archiwach bloga.

skomentuj (0)

Obrona zawodu, czy przywilejów - nie ośmieszajcie się! 2012-01-26 11:42:32

Spór, który z taką mocą rozgorzał - ma jedną, fantastyczną zaletę: Przeciwnik, który do tej pory knuł coś tam sobie w cieniu branżowych gabinetów,  został znienacka osaczony, zmuszony do pokazania na forum publicznym swojego "arsenału". I co zobaczyliśmy? Na salonach nowoczesnej, obywatelskiej rewolucji (patrz - masowe demonstracje przeciw ACTA) pojawiła się grupka przestraszonych zombie, w cuchnących naftaliną garniturach z MHD, niosąca jakieś wypłowiałe szturmówki i hasła przechowywane przez lata na strychu gminnego komitetu PZPR.

Przewodnicy PTTK na swojej stronie głównej już od dawna leją rzewne łzy pisząc np. "niech też nas dostrzegą ci, którzy w ostatnim okresie czasu chcą zniszczyć to, czego dopracowaliśmy się przez tyle lat". Teraz z kolei na stronie Federacji Pilotażu i Przewodnictwa ukazała się  zakładka o treści... "Obrona zawodu pilota i przewodnika". Panie i panowie - jeszcze raz szczerze i od serca: NIE OŚMIESZAJCIE SIĘ. Naprawdę - jak pisałem w notce poniżej, może tak się stać że turyści potraktują was podobnie jak słuchacze muzyki Zbigniewa Hołdysa, i zaczną wręcz specjalnie prosić biura aby organizowały wyjazdy bez waszego udziału. Protest przeciwko planom otwarcia zawodu, czyli sprawienia że stanie się łatwiej dostępny nazywacie jego "obroną"? Zapewne na tej samej zasadzie jak Jaruzelski i WRON przez lata "bronili" społeczeństwo przed tzw. ekstremą Solidarności. To co robicie jest obroną waszych przywilejów załatwionych po cichu w czasach, gdy uwaga społeczna nie była jeszcze tak czujna. Dziś na wasze bajki nie da się nabrać nawet gimnazjalista.   

W komentarzach pod notkami zaczynam już dostawać pogróżki procesów sądowych. Proszę bardzo, oskarżcie mnie, nawet wiem z jakiego paragrafu - z tego o obrazę uczuć religijnych. Przez lata z powtarzania sobie i innym że tylko "państwowe licencje" są gwarancją jakości usług w przewodnictwie uczyniliście religię, wasze identyfikatory i pieczątki otaczacie rodzajem kultu. I tu się zgodzę i po części rozumiem protesty - uwolnienie zawodu będzie dla was potężną klęską wizerunkową.   
źródło: proksenia.pl
Federacji Pilotów i Przewodników prezesuje Zygmunt Kruczek, prywatnie - wydawca podręczników szkoleniowych i właściciel dziwnego biura podróży "Hubertus Tour" - dziwnego o tyle, że biuro to - podobnie jak opisywana wcześniej firma Vancroll Piotra van der Coghena - nie figuruje w ewidencji organizatorów turystyki. Nie znalazłem też żadnych jego ofert turystycznych ani śladu informacji, aby organizowało jakiekolwiek podróże. Organizuje za to kursy pilotów. Niewątpliwie prowadząc taką działalność biznesową, pan Kruczek jest beneficjentem istniejących regulacji. Powinni wiedzieć o tym parlamentarzyści i radni, którzy ochoczo podpisują się pod podsuniętymi przez niego i jego akolitów dokumentami. 

Ową dokumentację rozpaczliwej kontry zgromadzono na specjalnej podstronie. Na razie przejrzałem ją pobieżnie, większość kontrargumentów jest doskonale znana i śmieszna, odpowiem na nie. Jedna rzecz mnie zdziwiła szalenie - jak często w tych dokumentach pojawia się moje nazwisko. Mało tego - redagując stronę jej autor musiał przeżywać prawdziwe twórcze katusze. W google cache znalazłem jedną z jej wcześniejszych wersji, która brzmiała tak:

Agresywnej akcji... Bo padnę. W dziedzinie deregulacji owa agresja polega na tym, że od kilku lat na tym blogu "zbieram do kupy" rozsiane po publicznych mediach różne opinie i je publikuję. Deregulacja nie jest działaniem rządu na zlecenie jakiegoś blogera, tylko konsekwencją długiego procesu który systematycznie opisywałem. Już w 2008 roku, kiedy odrzucono ustawę zamykającą 200 zawodów rzemieślniczych, media alarmowały że zawodowo zbliżamy się do średniowiecza. Z kolei katalizatorem obecnych działań był zapewne raport Fundacji Republlikańskiej, przypomnę artykuł z września 2011. Atakowanie mojej osoby jest po prostu realizacją hasła "zbij pan termometr, nie będziesz miał gorączki". Brnijcie dalej.  

skomentuj (6)

Patrzcie, którzy to podpisali i nie kupujcie ich usług! 2012-01-25 14:18:18

Przewodnickie "mafijki" w kolejnych miastach podnoszą lament i wrzask. Po przewodnikach krakowskich odezwali się ci poznańscy, pod wodzą Justyny Ciupy,

której niezwykłą wojowniczość, a także działania poznańskich urzędników i służb wyśmiewałem już na swoim blogu - proszę zobaczyć archiwum artykułów z maja 2009. Pani Justyna Ciupa popisała się wtedy fantastyczną wiedzą, twierdząc, że miejskie kontrole grup turystycznych "przyjęte są na całym świecie" - więcej tutaj. Dziś w Głosie Wielkopolskim i - (czy w Poznaniu nie mają innych zmartwień, tylko ten cyrk?) - jako główny news portalu glos.com ukazał się artykuł Elżbiety Podolskiej "Każdy będzie mógł zostac przewodnikiem po Poznaniu". W którym - dziękujemy za rzetelność - przedstawione zostało nasze stanowisko, pani Ciupa nie błyszczy już swoimi wysanymi z palca odkryciami na "światową skalę",  jednak większość artykułu to typowa "przewodnicko-orwellowska nowomowa" że jak to "ktoś, bez umiejętności, bez odpowiednio sprawdzonej wiedzy...", i takie tam ble ble ble.

Niestety z tekstu wynika, że poznańscy przewodnicy sami nie wiedzą przeciwko czemu protestują.  Deregulacja nie polega na tym że fachowcom ktoś zabroni pracować. Nadal będą kursy, egzaminy i weryfikacje, tyle że - tak jak właśnie w większości cywilizowanego świata - będą nieobowiązkowe, fakultatywne. Dopuści się pluralizm, wybór, różnorodność. Nie wiem w ogóle o co ten krzyk, ileż to jest zawodów nieregulowanych państwowo - jak wszystkie zawody rzemieślnicze typu fryzjer czy kucharz, zawody okołoturystyczne i sportowe - np. rezydent, zderegulowany niedawno instruktor rekreacji ruchowej, a mimo to szkoły, kursy nie narzekają na brak kandydatów i większość stara się egzaminy zdać. A ostateczna weryfikacja i tak należy i należeć będzie do pracodawcy - właściciela biura, który lepiej niż jakiś urzędnik zna potrzeby, bynajmniej nie "państwowego", tylko w 100% prywatnego - rynku usług turystycznych. Dreregulacja to po prostu uproszczenie procesu gospodarczego, usunięcie niepotrzebnych elementów, jak wyczyszczenie mechanizmu z narosłej przez lata rdzy i zanieczyszczeń. Przewodnicy kształceni według "państwowego" systemu mają opowiadać szczegółowo o historii czy architekturze - i dobrze.  Ale to tak jakby na rynku gastronomicznym dozwolone było tylko prowadzenie restauracji z kuchnią staropolską, i to po otrzymaniu weryfikacji przez urzędnika.  Jeśli ktoś znajdzie model biznesowy i sprowadzi do Poznania turystów w sposób niekonwencjonalny, nawet w mniemaniu niektórych "opowiadając bzdury" - nie wolno mu tego zabronić! A szczegółowe szkolenie z historii jest mu po prostu niepotrzebne.     

Do Pani Elżbiety Podolskiej mam bardzo konkretne pytanie - niech Pani odpowie, jak to jest że uprawianie zawodu dziennikarza, który mówi lub pisze do publiczności tysiąckrotnie większej niż przewodnik - nie wymaga uprawnień państwowych? Że dziennikarki w redakcji Głosu Wielkopolskiego nie siedzą z identyfikatorami na piersiach i Straż Miejska nie wpada ich kontrolować?  Że oprócz pism poważnych, do których mam nadzieję  "Głos..." chce się zaliczać,  istnieje obracający wielkimi kapitałami rynek prasy plotkarsko-tabloidowej która bynajmniej nie jest po to by przekazywać rzetelne i prawdziwe informacje, i - cytuję: "dbać o dobre imię kraju"?

Skąd więc te protesty - po części znajdujemy odpowiedź w artykule. Rzekomo "dopuszczenie ludzi bez uprawnień może skutkować (...) także tym, że większość licencjonowanych przewodników zostanie bez pracy, bo ci nowi będą znacznie tańsi." No sorry panowie i panie, ale tutaj strzelacie sobie w stopę, otwartym tekstem mówiąc że wasze usługi są za drogie i niepotrzebne na rynku. Zarówno dla opinii publicznej jak i dla tych na górze jest to czytelny znak że właśnie w tej branży jest najwięcej nieprawidłowości a zawód trzeba jak najszybciej otworzyć. 

Pani Justyna Ciupa zbiera podpisy. Eee, tak słabo? Może jakiś strajk, protest, blokada, przykuwanie się do bramy ministerstwa?  Tutaj opisuję (z fotką) jak to robili w Grecji. Co prawda nie pomogło - zawód przewodnika plus 135 innych i tak zderegulowano, ale jakie widowiskowe!  Swoją drogą tę listę podpisów chciałbym zobaczyć i opublikować. Przez wzgląd na potencjalnych klientów poznańskich przewodników. Jeśli ktoś podpisuje protesty przeciwko otwarciu zawodu, przeciwko dopuszczeniu do pracy osób bez licencji, opowiada się za restrykcyjnymi kontrolami i karami dla niepokornych, to ja jego intencje odczytuję następująco: - "pewnie moje oprowadzanie jest funta kłaków warte, albo za drogie, że bez administracyjnego przymusu i pod groźbą mandatu nikt mnie nie wynajmie". Znaczy się - tu moja sugestia - z usług tych pań, panów - lepiej nie korzystać.

skomentuj (11)

Żegnajcie licencje, witaj nowoczesna branżo! 2012-01-24 17:05:52

Przed chwilą artykuł o licencjonowaniu przewodnictwa ukazał się na stonach internetowych branżowego pisma "Wiadomości Turystyczne". Nie wiem kto go pisał, w każdym razie jego ton jest wyraźnie sprzyjający naszym tezom. Dla opinii publicznej to ważny znak, że przedstawiciele branży wycieczkowej jako całości - w deregulacji nie widzą powodu do "rozdzierania szat" a jedynie znak nieuchronnie nadchodzącej modernizacji i doszlusowania do prymusów europejskiego przemysłu turystycznego. Z kolei nieco niepoważne protesty samorządów pilocko-przewodnickich odbierane są jedynie jako walka o utrzymanie przywilejów, a nie rzekomą "profesjonalizację". Drodzy piloci, drodzy przewodnicy - uświadomcie sobie - sensem waszego zawodu jest świadczenie usług na rzecz innych podmiotów i klientów a nie uzurpowanie sobie pozycji "funkcjonariusza państwowego", kontrolującego informacje udzielane o jakimś kraju czy mieście, jak to było za czasów PRL.

W artykule przewija się też nazwisko Zygmunta Kruczka - przyjrzymy się jeszcze działalności tego Pana. Coś mi się zdaje, że jako właściciel prywatnego wydawnictwa "Proksenia" wydającego podręczniki i skrypty szkoleniowe, organizującego kursy pilotów, ma on bardzo szczególny prywatny interes w lobbowaniu za utrzymaniem istniejących urzędowych wymogów. Według niego "wśród kilkuset regulowanych zawodów w Polsce tylko te dwa dotyczą jakże ważnej, bezpośredniej obsługi turystów" - no więc właśnie, Panie Kruczek, skoro co najmniej kilkanaście a może i -dziesiąt innych zawodów związanych z jak najbardziej bezpośrednią obsługą turystów - jak np. recepcjonista, kelner, barman, instruktor rekreacji, hmmm... masażystka a przede wszystkim - pracujący w znacznie szerszym zakresie rezydent - nie jest państwowo regulowane, to znaczy że dwie ostatnie absurdalne enklawy regulacji tym bardziej trzeba usunąć niczym stare graty nie pasujące do nowocześnie urządzonego lokum.              

I na koniec ważne sprostowanie: nie jest prawdą że "liczba ta bierze się po części stąd, że (...) Nie ma jednego zawodu przewodnika turystycznego, jest przewodnik miejski, terenowy i kilka klas przewodnika górskiego. (...) Gdyby połączyć te kategorie w jedno, zapewne liczba ta byłaby podobna do tych w innych krajach Unii." Absolutnie nie!!! Proszę zajrzeć do źródłowego raportu Fundacji Republikańskiej, przewodnik turystyczny figuruje tam jako jeden zawód z tych 380. Nawet nie ma tam osobno wymienionej kategorii pilota która ma status "działalności regulowanej". Nota bene na ten casus zwróciłem już uwagę legislatorom.

Zostań fanem na facebooku! facebook.com/wolneprzewodnictwo

skomentuj (20)

Czytelnicy krakow.pl za deregulacją 2012-01-24 11:30:29

Ostatnio obserwujemy zwiększone zainteresowanie krakowskich dziennikarzy tematem liecncjonowania przewodnictwa. Nie każdy wykazał się na tyle profesjonalnym podejściem do sprawy jak red. Barbara Suchy z Wyborczej (patrz dwie notki niżej).  Tendencyjny, stronniczy artykuł, przedstawiający racje tylko jednej strony konfliktu ukazał się wcześniej w Dzienniku Polskim a tendencyjny, stronniczy reportaż w - co gorsza rzekomo "misyjnej" telewizji publicznej. W obu przypadkach będę interweniował. Uwagę mam podstawową - jeżeli was dziennikarzy - tak mierzi fakt że przekaz informacji przez przewodników turystycznych nie będzie poddawany kontroli przez państwowe organy - sami się uregulujcie - złożcie projekt stosownej ustawy i sprawcie, że tylko ci z "państwową licencją" po obowiązkowych kursach dziennikarskich i restrykcyjnych egzaminach prowadzonych przez "dziennikarską mafię" będą mogli uprawiać zawód. I jeszcze stwórzcie sobie policję dziennikarską robiącą naloty na redakcje i sprawdzającą uprawnienia.    

Ciekawe jakie "licencje" mają redaktorzy strony krakow.pl  którzy umieścili sondę (skan poniżej) z dość dziwacznie sformułowanymi pytaniami. Może umieścicie kolejne sondy - np. czy według ciebie kucharzem / fryzjerem / krawcem może być "każdy" czy ten kto umie gotować / strzyc / szyć ubrania? Odpowiedź będzie chyba oczywista. Dodam że wspomniane zawody są w Polsce nieregulowane na poziomie "państwowym" a egzaminy zawodowe są nieobowiązkowe. I jak widać rynek reguluje to świetnie. I tylko na tym ma polegać deregulacja a nie - jak lamentują niektórzy na "wmuszaniu" turystom usług niefachowych przewodników. Mimo to czytelnicy witryny reaguja prawidłowo:


Bo jak widać - istotne są rzeczywiste umiejętności czy wiedza a nie "odpowiednie kursy".

Natomiast - jeśli redaktorzy tego czy innego portalu chcą rzetelnie wysondować mniemanie czytelników na temat deregulacji przewodnictwa, powinni się ograniczyć do dwóch pytań sformułowanych następująco:

Czy uważasz że do oprowadzania turystów po mieście powinno upoważniać:

- Formalne ukończenie 2-letniego kursu i zdanie państwowego egzaminu
- Rzeczywista wiedza, pasja i talent,  zdobyte w dowolny sposób

Wtedy zobaczymy jakie będą odpowiedzi. 

skomentuj (12)

Twardnienie miękkiego podbrzusza 2012-01-24 00:56:30

W niedawnym Chorwackim referendum, obywatele opowiedzieli się za przystąpieniem swojego kraju do Unii Europejskiej. Wyniki: 67% za, 33% przeciw. Jestem pewien że wśród tych 33% była większość... miejscowych przewodników turystycznych.

Teraz dygresja historyczna. "Miękkim podbrzuszem", bądź "chorym człowiekiem Europy" nazywano Imperium Osmańskie w XIX wieku. Spuścizna ówczesnych stosunków społecznych, podziałów politycznych ma wciąż ogromny wpływ na dzisiejsze realia w tych krajach, że wspomnę choćby konflikty na Węgrzech. Jeśli teraz spojrzymy na krótką listę tej mniejszości krajów unijnych, w których przewodnictwo jest bądź było regulowane, okaże się że regulacje te mogą służyć niemal jako papierek lakmusowy autorytaryzmu, paternalizmu i "bizantyjskiej mentalności". Węgry, Rumunia, Słowenia, Grecja, Cypr, a także (już nie w dzisiejszych - okrojonych, ale dawnych - imperialnych granicach) Włochy i Austria - czyli ponad połowa z państw "regulowanych" - o wpływy owego "chorego człowieka Europy" się otarła. Po części - zwłaszcza Grecja czy Włochy ów niechlubny tytuł po Turkach odziedziczyła. Niech więc się wrogowie deregulacji nie zamartwiają - po prostu w tej dziedzinie wracamy na łono kutury zachodniej.

Chorwacja była i nadal jest utrapieniem organizatorów wycieczek, gdyż jako kraj ważny turystycznie ale nie unijny, mógł sobie do woli kultywować "bałkańsko-postfeudalną" dyskryminację pilotów-obcokrajowców i przymusowo narzucać eskortę swoich. Wiele razy czytałem na forach np. o problemach w Dubrovniku, gdzie przewodnik rzekomo polskojęzyczny mówił kompletnie niezrozumiale ale bez opłacenia jego wątpliwych usług można było zarobić mandat. We wrześniu 2010 w Bazylice Eufrazjana w Poreču miała miejsce żenująca afera - profesor ze Szwajcarii, udzielający tam lekcji architektury swoim studentom został zaaresztowany, postawiony przed sądem i oskarżony o "nielegalne przewodnictwo". Tutaj opis tej historii po niemiecku, swojego czasu przegryzłem się także przez artykuły na portalach chorwackojęzycznych, w większości pełne oburzenia - tego rodzaju popisy kretyńskiej biurokracji nie przynoszą chluby żadnemu krajowi. Krakowscy radni są niestety innego dania, ale o tym napiszę jutro.

Minie zapewne jeszcze trochę czasu, system będzie się bronił, ale wypada cieszyć się że i Chorwacja będzie musiała uznać unijne zasady potwierdzania kwalifikacji zawodowych.

Zostań fanem na facebooku! facebook.com/wolneprzewodnictwo

skomentuj (5)

Przewodnicy beskidzcy prowadzą (prawie) na śmierć? 2012-01-23 11:02:45

Jak wiadomo, jednym z dyżurnych argumentów jazgotliwych zwolenników utrzymania i zaostrzania regulacji przewodnickich jest pewien wypadek lawinowy w Tatrach w 2003 roku. Jest na wszelkie sposoby nagłaśniany, przeinaczany i wyolbrzymiany jak np. przez szefa Polskiej Izby Turystycznej Jana Korsaka w tym stenogramie pewnej dyskusje w Sejmie, w której liczba ofiar tajemniczo zwiększyła się z 8 do "kilkunastu" i miała być argumentem za zaostrzeniem przepisów w całej Polsce. Niechybnie, w Powiecie Skierniewickim często spadają lawiny. Podobno niedługo zaczną też wybuchać wulkany.

Ileż to ja się naczytałem biadoleń, że to skandal -  że grupka licealistów wędrowała jedynie z nauczycielem (doświadczonym wędrowcą górskim, acz bez "uprawnień"). Że gdyby był z nimi wynajęty i opłacony przewodnik "z uprawnieniami" na pewno nie dopuściłby do wyjścia na szczyt w warunkach zagrożenia lawinowego. Bo w razie zejścia lawiny inaczej by nie pomógł - to stwierdził nawet badający wypadek sąd. Z prywatnych wypowiedzi słyszałem też, że nauczyciel był tego dnia pod presją swoich podopiecznych, którzy koniecznie chcieli iść na wycieczkę (ich koledzy zdobyli Rysy dzień wcześniej). 

W ostatnich dniach media intensywenie informowały o zakrojonej na wielką skalę akcji ratunkowej w Beskidach. Kilkadziesiąt osób weszło na szczyt w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Doszło do jakiegoś gigantycznego chaosu, ratownicy partiami sprowadzali wycieńczonych turystów z których część wymaga hospitalizacji. I już, już się zaczęło ujadanie "dlaczego nie wzięli przewodnika.." Dyskutant o wdzięcznej ksywce żbik - pod notką niżej - poucza "uczestnicy wyprawy w ostatni weekend na Babią Górę dokonali wyboru takiego, jak Pan proponuje. Skutek znamy..." Drogi leśny kotku i inni, przeczytajcie opublikowany kilka godzin temu artyuł: Dlaczego turyści lekceważą Babią Górę. Co tam stoi napisane?  

- Z Babiej Góry sprowadziliście 27 osób. Czy w tej grupie były osoby, które koordynowały wycieczkę, miały uprawnienia przewodników?
- Tak. Jedna z osób miała listę uczestników wycieczki. W grupie było też kilku przewodników górskich

A teraz poczytajcie sobie państwo reakcje na forum pod tym artykułem, zajrzyjcie na fora górskie np. tutaj. Jakaś skrucha? Jakieś posypywanie głowy popiołem? Ale w życiu. Jeden wielki front w obronie świętych krów. "Przecież każdy ma prawo popełniać błędy" (czytaj: włazić z grupą słabych, starszych ludzi  na górę w warunkach które ewidentnie wróżą katastrofę). Albo, "no przecież nikt nie zginął" (Jak wiadomo "prawie" robi wielką różnicę).

Jeśli więc jeszcze raz usłyszymy, że przymusowa obecność licencjonowanego przewodnika w górach jest "niezbędna dla bezpieczeństwa" skwitujmy to wzruszeniem ramion i wymownym milczeniem. Mam nadzieję że nazwiska tych przewodników beskidzkich zostaną podane do publicznej wiadomości. Czy spotkają ich jakieś konsekwencje typu sąd koleżeński, odebranie uprawnień? Pytam z czystej ciekawości, bo w świetle planowanej deregulacji będzie to miało znaczenie jedynie  "wewnątrzorganizacyjne". Choć niewątpliwie warto by znać dane tych osób, jako ostrzeżenie przed korzystaniem z ich usług.

Na koniec, nie jestem jakimś specjalistą od historii alpinizmu, ale słysząc co rusz narzekania, że delikwenci powinni płacić za własną głupotę i akcje ratunkową GOPR-u muszę pewną podstawową rzecz wyjaśnić: Górskie pogotowia ratunkowe nie są bynajmniej wymysłem współczesnego państwa opiekuńczego, gospodarującego podatkami obywateli, ale dziećmi jak najbardziej krwiożerczego, 19-wiecznego kapitalizmu. Powstawały w kurortach u zarania masowej turystyki na prostej zasadzie - góry generują gości i znaczne zyski, przeznaczmy ich niewielką część na służby ratownicze, dzięki temu góry będą przyjaźniejsze i przyciągną więcej gości.  Polecam artykuł o mającym 100-letnią tradycję Pogotowiu Górskim w Zermatt. Jak widać, wypadki zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać, nie jest to żadna wyjątkowo polska specyfika, poszkodowanymi są zarówno "zwykli" turyści jak i doświadczeni alpiniści a nawet przewodnicy. Ale to nie powód żeby którykolwiek kraj alpejski wprowadził podobnie drobiazgowe biurokratyczne regulacje czy też przymus przewodnicki w różnych formach, jak to się dzieje u nas.

skomentuj (4)

Wolne zawody w TOK FM. 2012-01-19 13:47:09

Udzieliłem dziś wywiadu dziennikarce radia TOK FM. Ma być wyemitowany po południu. Cieszy mnie, że w końcu dziennikarze zawodowi odciążają mnie trochę od pracy publicystycznej i śledczej, którą wykonuję społecznie.    

skomentuj (0)

Włoskie trzecie drzwi, czyli "system Italia" 2012-01-16 14:06:05

Zdjęcia tonącej Concordii długo jeszcze będą okupywać pierwsze strony portali, dziś prasa odsłania kolejne groteskowo-tragiczne szczegóły katastrofy. Oczywiście - nie wolno generalizować, używać w dyskusjach czy w procesach decyzyjnych tak odosobnionych wypadków, uprawiać paniki moralnej - jak z lawiną pod Rysami 8 lat temu. Coś mnie jednak tknęło, kiedy spojrzałem na stronę armatora Costa Crociere, i znalazłem tam głównie tłumaczenia że... przecież wszyscy członkowie obsługi feralnego rejsu mieli odpowiednie licencje i certyfikaty. Angielska wersja tej informacji tutaj.  Z kolei w niemieckim dzienniku telewizyjnym Tagesschau znalazłem filmik i relację jednego z rozbitków, który opowiada, że... stewardzi nie potrafili nawet uruchomić tratw ratunkowych, udało się to dopiero jednemu z pasażerów.  

Dlatego kilka słów komentarza, bo włoski system obłędnego licencjonowania wszystkiego i wszędzie jest często dawany za przykład. Ileż ja się naczytałem na różnych forach "Włochy - przecież to tak ważny kraj w europejskiej turystyce, nie możemy lekceważyć ich doświadczeń". Ba, nawet dla naszego Ministerstwa Sportu - jak czytamy w tym liście z grudnia - to taki wspaniały wzór kraju gdzie ustawowo odrębne zadania ma pilot i przewodnik (nota bene 3 pozostałe przykłady - absolutnie błędne). Natępnym razem jak coś takiego usłyszę - przypomnę tę fotkę.    

Zresztą przewodnik czy pilot to i tak małe piwo. Niedawno licencje wprowadzono tam - to nie żart - na... zbieranie grzybów. Nawet dla własnego, prywatnego użytku wolno to robić tylko po ukończeniu kursu, opłaceniu licencji i tylko na obszarze w określonych granicach, którego przekroczenie poskutkuje mandatem wlepionym przez "grzybową policję". Innym rodzajem regulacyjnego szaleństwa było zarządzenie budowy we wszystkich restauracjach dodatkowych drzwi do wynoszenia pustych naczyń z sali (oprócz dwóch istniejących - do wnoszenia potraw i dostarczania produktów).       

Jak wygląda drugie dno włoskich regulacji, jak działa skorumpowany, nieefektywny i niereformowalny "system Italia" można przeczytać np. w reportażu Piotra Kowalczuka. Już wkrótce na blogu dwa moje reportaże - jak karykatura podobnego systemu działa w światku krakowskich przewodników i jak to za regulacjami i wielomiesięcznymi kursami pilotów lobbuje pewien pan zarabiający na... wydawaniu szkoleniowych skryptów na te kursy.     

Na szczęście nie słyszałem jeszcze, żeby którykolwiek z naszych polityków szedł do wyborów z hasłem "zbudujmy drugie Włochy". 

skomentuj (11)

Pilotaż i przewodnictwo zostaną uwolnione! 2012-01-08 12:00:04

Jako pierwszy mam przyjemność opublikować tę fantastyczną wiadomość, już nie w formie gdybania czy spekulacji, ale oznajmującej wypowiedzi przedstawiciela rządu.    

Przypomnijmy: 20 grudnia Minister Gowin  potwierdził istnienie listy 130 zawodów, przeznaczonych w pierwszej kolejności do deregulacji, wzbraniając się jednak podawania jakichkolwiek szczegółów czy przykładów. 4 stycznia w radiu PiN wywiadu udzielił doradca ministra sprawiedliwości, Mirosław Barszcz - wywiad w formie pisanej tutaj, mówionej tutaj.

Dowiedzieć się można z niego znacznie więcej - lista została rozszerzona do 240 zawodów, przygotowuje się jedną "horyzontalną" ustawę, uwalniającą je hurtowo.  

Znalazłszy ten wywiad napisałem wczoraj do M. Barszcza krótki e-mail, pytając wprost: Od 4 lat prowadzę akcję na rzecz uwolnienia zawodów przewodnika turystycznego i pilota wycieczek. Czy mógłby uchylić Pan rąbka tajemnicy i odpowiedzieć, czy zawody te znalazły się na waszej liście? Pomimo nietypowej pory (sobota wieczór) odpowiedź przyszła niemal błyskawicznie:

"Tak. Wszystkie zawody Min. Sportu zostaną uwolnione całkowicie"

Całkowicie - znaczy bez złagodzenia wymogów jak w przypadku niektórych zawodów prawniczych, tylko z całkowitym zniesieniem reglamentacji. Czyli - w przypadku przewodnictwa - dołączeniem do rodziny wolnych krajów, jak Niemcy i Wlk. Brytania.   

Cóż, może jeszcze nie pora na otwieranie szampana, na to będzie czas kiedy prace legislacyjne się zakończą i Prezydent złoży swój podpis. Naciski będą, już są, ale w ogólnej kakafonii protestów głos pokrzywdzonych przewodników będzie niczym pisk myszy. Pan Mirosław Barszcz w kolejnym mailu potwierdził:

"Mam nadzieję, że tutaj akurat problemu nie będzie. Znacznie bardziej obawiam się taksówkarzy, pośredników nieruchomości i kilku podobnych... (...)  to właśnie dzięki takim osobom jak Pan udało się wreszcie tę akcję przeprowadzić, mam nadzieję, że nie przyjdzie długo czekać na efekty :)"    

Coż, szybko to poszło, byłem przygotowany na długie lata walki a tu taka niespodzianka. Oczywiście, nie kończę prowadzić bloga, sporo jest jeszcze do zrobienia a wiedzę i energię można wykorzystać konstruktywnie. Nawet jeśli regulacje zostaną zniesione w prawie państwowym, będziemy mieć do czynienia z zakusami do ich restytucji na poziomie lokalnym, u nas - jak wiemy - przodują w tym parki narodowe.

Na szybko - dwie ważne uwagi: Każdy, kto planuje udział w reklamowanych często i gęsto kursach pilotów czy przewodników powinien się przez chwilę zastanowić. Ich ukończenie nie będzie już wymagane do uprawiania zawodu. Nie znaczy to, że system szkoleń zniknie, z pewnością jednak zmieni się na bardziej adekwatny do realiów rynkowych a nie wymagań urzędowych.

Z kolei do przedstawicieli samorządów zawodowych, np. zrzeszonych w PFPiP - żeby wreszcie poszli po rozum do głowy i zamiast pisać kolejne bezsensowne listy do ministerstwa, z banałami typu "bo zawód ma półtorawieczną tradycję" nie tracić czasu tylko wypracować metody działania w nowych warunkach. Spojrzeć za zachodnią granicę i zająć się tym, czym tamtejsze stowarzyszenia - np. obroną interesów polskich pilotów za granicą. Do tej pory było to jedynie ledwo deklarowane, a cała para szła w lobbowanie na rzecz komplikacji przepisów krajowych.        

Piszę to tak z czystej przyzwoitości nie bardzo wierząc w przemianę któregokolwiek z totalnie skompromitowanych branżowych działaczy. Myślę, że raczej powstanie jakaś zupełnie nowa organizacja, służę doradztwem.

A tym co nadal uprawiają "kult licencji, papieru i pieczątki" na wzór niemal kultu religijnego, i tym którzy upajają się swoją władzą decyzji, komu pozwolą oprowadzać turystów a komu nie - rząd powinien w humanitarnym geście zafundować kilka seansów psychoterapii.

skomentuj (22)

Jubileuszowo - Zostań fanem! 2012-01-06 12:28:49

"Odwołam się do opinii publicznej. Tam, gdzie dostęp do zawodu jest reglamentowany, nie ma konkurencji. A bez konkurencji ceny usług rosną, zaś ich jakość spada." - Mówi znany nam już Minister Gowin w najnowszym wywiadzie dla Dziennika Polskiego. Właśnie, różnie z tą opinią publiczną bywa. Przypomnę machanizm opisany w satyrycznej notce o kwiaciarkach. Problem leży właśnie w tym, że perypetie przedstawicieli drobnych niszowych branż zwykle szeroką opinię publiczną mało obchodzą. Ale zebrane łącznie prowadzą do takiego szkodliwego przeregulowania, jakie dziś mamy.

Proszę Państwa, dziś mijają okrągłe 4 lata odkąd zamieściłem na tym blogu pierwszy wpis inicjując akcję "Wolne przewodnictwo". Dziś widać jak bardzo była i nadal jest potrzebna, aby dostarczać opinii publicznej fakty i konkrety na temat szkodliwości nadmiernej regulacji, reglamentacji i zamykania zawodów.     

Czeka nas jeszcze sporo pracy, co kilka dni będę tu zamieszczał nowe artykuły. Tymczasem zapraszam do polubienia właśnie utworzonej...

strony fanowskiej naszej akcji na facebooku.

Będąc fanem nie tylko wyrazisz swoje poparcie dla deregulacji, ale będziesz mógł regularnie otrzymywać informacje o nowych publikacjach i działaniach. Będę też tam wrzucał błyskawicznie linki i krótkie komentarze do wszelkich znalezionych informacji, jak np. ten wywiad Mirosława Barszcza. 

skomentuj (0)

Kombinują jak chabeta pod gór(k)ę. 2012-01-03 20:46:43

Miałem już nie pisać o Tatrach, aby nie stwarzać wrażenia że problemy deregulacji dotyczą głównie tego specyficznego, skalistego skrawka naszego kraju. Ale cóż począć skoro tam właśnie jak w soczewce skupiają się wszelkie przewodnickie absurdy a ostatnie działania dyrekcji TPN wzbudzają już nie tyle wątpliwości, co żenadę i politowanie.    

Powiedzenie "kombinować jak koń pod górkę" idealnie je ilustruje. Konie w Tatrach kojarzą się - jak wiadomo z góralskimi fasiągami wwożącymi turystów z Palenicy w stronę Morskiego Oka.

Tym razem parkowi kombinatorzy chcieli tę przysłowiową szkapę pognać chyba aż na Rysy, wyszukując wątpliwy kruczek prawny i obwieszczając nagle - patrz notatka prasowa z 29 grudnia, że wcześniej publikowane informacje o ustaniu obowiązku przewodnickiego z początkiem nowego roku można wyrzucić do kosza, i przynajmniej do października nic się nie zmieni.         

Posłałem tę informację dr. Cybule, i w odpowiedzi na oficjalny komunikat TPN ukazała się riposta na jego prawnoturystycznym blogu z której wynika, że taka interpretacja ustawy jest niedopuszczalna i od dnia 2 stycznia obowiązku przewodnickiego nie ma.

Chabeta padła, przykro mi. Poczekam teraz kilka dni, i jeżeli TPN nie zmieni zdania w tej sprawie i nie opublikuje nowego regulaminu, zgodnie z obietnicą wyślę skargę do UOKiK - na Tatrzański Park Narodowy - od 1. stycznia osobę prawną, informując o podejrzeniu stosowaniu klauzul niedozwolonych i nieuczciwych praktyk rynkowych.  

Problem zresztą dotyczy większości parków narodowych, które nieraz w jeszcze bardziej ułomny sposób tworzą swoje "prawo powielaczowe" albo - jak Magurski PN - stosują do ogółu ruchu turystycznego przepisy ustawy regulującej wyłącznie działalność komercyjnych biur podróży. O tych problemach powinien być też powiadomiony nowy Minister Środowiska - Marcin Korolec, który jest prawnikiem, absolwentem elitarnej francuskiej szkoły administracji publicznej i nie powinien tolerować takiego bajzlu na swoim podwórku.

I ciągle to bezsensowne i wręcz niesmaczne żerowanie na ośmiu ofiarach jednej zimowej katastrofy z 2003 roku, głośnego i medialnego ale ginącego w ogólnej statystyce wypadków, które w większości przytrafiają się wędrującym samotnie. Tylko w zeszłym roku, dokładnie tylu - ośmiu samych tylko ratowników TOPR i przewodników tatrzańskich (sic!) zginęło w górskich wypadkach (źródło). Skoro dyrekcji tak zależy na uniknięciu ofiar lawin, dlaczego po prostu - wzorem strony słowackiej - nie zamknie szlaków wysokogórskich na okres zimy? (Lawina spadając nie wybiera: licealista - emeryt...) Tylko powtarza się mantrę o kontrolowaniu i grup młodzieżowych które w ogromnej większości wchodzą wiosną i latem na najłatwiejsze spacerowe szlaki.                

Co mnie w tym wszystkim najbardziej zastanawia - jak można, kierując powierzoną sobie szacowną państwową firmą, z uporem godnym lepszej sprawy pakować ją w tarapaty, np. możliwe kary finansowe. Czyżby obawa zemsty ze strony wściekłych, pozbawionych pracy przewodników była jeszcze większa? Czy zaczną np. rzucać kamieniami w okna biur i podpalać parkowe samochody, jak to potrafią robić konkurujący ze sobą krewcy podhalańscy busiarze?  Ktoś mnie kiedyś na jednym z forów napomniał, że zwyczajowe określenie "mafia przewodnicka" jest przesadzone. Może niekoniecznie?

skomentuj (39)

Odwagi kotku, odwagi! 2012-01-01 20:28:16

Witam w nowym roku. W najbliższych dniach planuję zamieścić jeszcze co najmniej dwa obszerne teksty cięższej wagi na temat nieprawidłowości i machlojek w środowiskach przewodnickich. Ponieważ jednak mamy właśnie "międzynarodowy dzień kaca" wrzucę choć jeden wesoły przerywnik.   
źródło: widelec.pl
Jak się można było domyślać, zapowiedź uwolnienia zawodów sprawiła że wszelkie branżowe stowarzyszenia zwierają szeregi i dalejże pisać petycje, protesty w tonie  graniczącej ze śmiesznością histerii. Można je przeczytać na przykład na stronie przewodników PTTK. "Najwięcej i najgłośniej krzyczą ci, którzy o tym zawodzie niewiele, albo wcale nic nie wiedzą." Ciekawe skąd ta konstatacja. A może dopuścić do głosu tych, którzy z usług owych "zawodowców" korzystają i im płacą? Z kolei na stronach Polskiej Federacji Pilotażu i Przewodnictwa w dziale "aktualności" czytam relację z toruńskiego Forum w którym niedawno uczestniczyłem, a w nim również słowa szoku i rozpaczy z powodu planów deregulacji. Jest to ponoć niedopuszczalne ze względu m.in. na tradycję, bo "zawód przewodnika wykonywany jest od półtora wieku na Ziemiach Polski". Dobre. O ile wiem, zawód kata wykonywany był na naszych ziemiach przez co najmniej dziesięć wieków. Ostatnio grupka  prawicowych polityków coś tam przebąkiwała o przywróceniu kary śmierci, ale gdyby użyli podobnego argumentu - zostaliby wyśmiani jak ostatni idioci. Dalej przecieram  oczy ze zdumienia czytając: Uczestnicy Forum w imieniu całego środowiska przewodników i pilotów przesłali apel do Pani Minister Katarzyny Sobierajskiej o podjęcie działań mających na celu utrzymanie statusu zawodu regulowanego dla przewodników turystycznych oraz regulowanej działalności dla usług świadczonych przez pilotów wycieczek. Co to znaczy "całego środowiska?" Znam dziesiątki osób z tego środowiska, którzy konieczność zmian popierają,  są pewne swojej fachowości, nie czują żadnego zagrożenia z tytułu uwolnienia zawodów, a dostrzegają raczej korzyści z tytułu zlikwidowania uciążliwej biurokracji. Co najmniej kilku było uczestnikami owego forum - jeśli mają odrobinę szacunku do siebie - powinni wyrazić głośne wotum separatum.  

Coraz więcej odważniejszych głosów o nieprawidłowościach obecnego systemu pojawia się też na innych forach - na przykład tutaj i tutaj. Dostaję listy prywatne. I wciąż ten sam problem - większość wypowiedzi jest anonimowa. Ciągle panuje strach przed "władzą" i "urzędem", rodem z epoki kiedy to przesłuchujący pilota esbek miał na niego w zanadrzu jakieś "haki" - typu nielegalny handel walutą (przypominam tę wspominkową relację). Ale to było dawno, naprawdę proszę się nie bać. Utrzymywany z naszych podatków urzędnik jest dziś od tego, żeby nam służyć a nie trzymać za mordkę. Sam tego bloga prowadzę od 4 lat, wszelkie głosy na forach dyskusyjnych podpisuję pełnym nazwiskiem, nie bój się i ty. To my jesteśmy dziś po jaśniejszej stronie mocy.  A ci co wypisują cytowane banialuki o "tradycji", pewnego dnia, może jeszcze w tym rozpoczynającym się roku - obudzą się z bardzo ciężkim i długotrwałym kacem. Nie takim posylwestrowym. Niech im tradycyjny tupot białych mew dudni nawet półtora wieku.  

skomentuj (1)

Coghengate 2011-12-27 03:20:55

Pierwszy dzień po Bożym Narodzeniu jest w Polsce... dniem ujawniania afer. Tak, to właśnie 27 grudnia 2002 r. ukazał się artykuł "Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika", który zapoczątkował słynną Rywingate. Mój blog też wpisuje  się w tę nową świecką tradycję. Bohaterem dzisiejszej afery jest poseł PO Piotr van der Coghen (nazwisko po holenderskich przodkach ale człowiek swojak, urodzony w Krynicy).

W zeszłej kadencji pan poseł dał się poznać szerszej publiczności głównie jako bohater tabloidowego artykułu "Napisał ustawę dla siebie i żony?". Ochotnicze ratownictwo górskie to zajęcie chwalebne i na ten temat wypowiadać się nie będę. Bardziej zwrócił moją uwagę fragment o tym, że jego żona, która prowadzi dwie firmy, m.in. centrum survivalu Vancroll może dzięki nowej ustawie i wsparciu męża "pozbywać się konkurencji".   

Niedawno Piotr van der Coghen został przewodniczącym Parlamentarnego zespołu narciarstwa i turystyki z zamiarem dalszego grzebania przy ustawach. Tymczasem Dr. Piotr Cybula przyjrzał się działalności biznesowej posła i jego rodziny, i 21.12. i po prywatnym śledztwie obwieścił na swoim blogu rzecz szokującą - firma Vancroll organizuje od lat imprezy turystyczne - bez uzyskania wpisu do rejestru i stosownego ubezpieczenia! Wezwany do tablicy van der Coghen odpowiedział 25.12. grudnia następująco - czytając kilkakrotnie przecierałem oczy:

Ma Pan stuprocentową rację Panie Mecenasie! W takiej sytuacji jak wspomniana przez Pana firma, są tysiące małych firm w całym kraju zajmujących się w mikroskali rekreacją. W świetle obecnie obowiązującej ustawy organizator nawet jednego kilku-kilkunastoosobowego obozu o charakterze harcerskim JEST organizatorem turystyki i podlega jej restrykcyjnym przepisom, co jest oczywistym absurdem. Warto zaznaczyć, że głównym celem inicjatorów omawianej ustawy było zapewnienie bezpieczeństwa klientom Biur Podróży, organizujących kosztowne usługi turystyczne, daleko za granicami kraju, co w przypadku bankructwa tych firm, powodowało szalone komplikacje. Niestety zastosowany tu nieco nieszczęśliwy zapis ustawowy obejmujący wszystkich, (bez względu na skalę prowadzonej działalności) stworzył oczywistą niedorzeczność, którą dbając o normalność trzeba będzie zmienić (...)  

Jak wiecie Państwo na tym blogu opisuję od lat wiele prawnoturystycznych absurdów, ale nigdy nie uważałem za absurd tego co pan poseł. Rejestry biur podróży i ubezpieczenia od bankructwa funkcjonują wszędzie w zachodnich krajach. Można podważać ich zasadność w przypadku turystyki krajowej, nie mniej jednak nasze warunki są bardzo liberalne. Sam prowadzę biuro, nigdy nie sprawiało mi to problemów, posiadam ubezpieczenie w wersji najdroższej - na cały świat, i cena tej odnawianej co roku polisy nie jest znaczącym obciążeniem, gdyż - tu się pan poseł myli - jest ona proporcjonalna do skali przedsięwzięcia, czyli obrotów firmy. Gdyby wykupić taką polisę wyłącznie na imprezy w kraju, jej koszt dla małego biura byłby z pewnością dużo mniejszy, np. kilkusetzłotowy. Jakiś ułamek miesięcznej poselskiej diety. Oczywiście ubezpieczyciel wcześniej musiałby sprawdzić stan finansów takiego podmiotu. I tu można się doszukać pozytywu - fakt posiadania aktualnego wpisu jest dla klienta pewną wskazówką solidności czy wypłacalności.          

Przedsiębiorstwo Vancroll, jak czytamy, istnieje od 1990r. jego działalność - jeśli wierzyć przechwałkom wcale nie jest "rekreacją w mikroskali". Dlaczego więc jej właściciele lekceważą ten obowiązek?  Możliwości są dwie. Albo kondycja firmy jest tak kiepska (np. ujemne bilanse, zadłużenie) że żaden ubezpieczyciel nie zgodziłby się udzielić gwarancji.  Albo też Piotr van der Coghen i jego żona Irena uważają się za święte krowy, mogące bezczelnie i bezkarnie kpić z przepisów. Taki poniekąd ma wydźwięk cytowana wypowiedź sprzed dwóch dni - "uważam że prawo jest złe więc mam je w nosie".

A organizowanie imprez bez wpisu do rejestru - jako wykroczenie - bywa ścigane i karane. W 2005 roku głośna była  sprawa firmy Columbus, organizującej popularne jednodniowe wycieczki dla emerytów połączone z prezentacją produktów. Wojewoda Mazowiecki stwierdził, że powinna mieć wpis i zabronił działalności przez trzy lata. Decyzję zaskarżono do sądu, więcej tutaj. Małopolski Urząd Marszałkowski, bywał na tym poletku nie mniej gorliwy, a nawet nadgorliwy. Przed trzema laty z uporem godnym lepszej sprawy prześladował Johna Atkinsa, pioniera wycieczek rowerowych po Krakowie. Tutaj skan pisma z lipca 2008, z zarzutami bezpodstawnymi, bo organizowanie kilkugodzinnych wycieczek wpisu do rejestru nie wymaga. Czekamy więc pilnie na reakcję Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego (delikwent ma siedzibę pod Zawierciem),  która wykaże, czy rzeczywiście w tym kraju istnieje podział na równych i równiejszych.              

Jeszcze jeden "kwiatek" Piotra van der Coghena popularny był forach branżowych przed dwoma laty, kiedy nowelizowano Ustawę o usługach turystycznych. Z rozbawieniem cytowano szowinistyczno-nacjonalistyczne odpały pana posła w stylu: "wprowadzając proponowaną poprawkę UIMLA, odbieramy przewodnikom sudeckim duży rynek niemieckich wycieczek przebywających w Karkonoszach. Sankcjonujemy także sytuację, że wycieczkę, np. Związku Wypędzonych, poprowadzi przewodnik zwany Führerem - obawiam się, że z tradycyjnym komentarzem(...)". (Pan Piotr zakończył edukację na liceum, chyba jest kiepski z języków i dziwi się że Führer to właśnie po niemiecku przewodnik.) Rzekomo chodziło - jak tłumaczył żeby "nie stwarzać sytuacji, w której przewodnik-obcokrajowiec miałby prawo prowadzić bez jakichkolwiek ograniczeń po wszystkich górach polskich, natomiast polski przewodnik miałby ustawowe ograniczenia..." Przykro mi, ale dowolny pilot czy przewodnik z innego kraju Unii dokładnie ma takie prawo, wynika to zarówno z dyrektyw europejskich jak i z faktu że imprezy biur zagranicznych polskim regulacjom nie podlegają. Patrz nr 5. z 10 przykazań deregulacyjnych.

Coghengate to z pewnością sprawka zbyt błaha, aby - na wzór innych głośnych afer  powoływać w Sejmie jakąś komisję śledczą. Jednak powinna zająć się tym Komisja Etyki Poselskiej. Jest rzeczą głęboko niesmaczną, że na czele zespołu mającego zmieniać prawo turystyczne stoi ktoś o takim braku wiedzy, zaściankowej mentalności, kto sam bez zażenowania obwieszcza swoją pogardę dla obowiązującego prawa.

Na koniec też mam do Piotra van der Coghena pytania:  Skoro "oczywistym absurdem" i "nieszczęśliwym zapisem" nazywa Pan stosunkowo prostą i krótką formalność rejestracji biura, to dlaczego w toku prac nowelizacyjnych w 2009 roku nie walczył Pan o zniesienie dużo cięższych absurdów związanych z przewodnictwem, których opisy może Pan znaleźć m.in. w archiwach tego bloga?  Jak ten, że ktokolwiek zechce się podjąć nawet prostych czynności przy pilotowaniu wycieczek musi kończyć czteromiesięczny kurs i zdawać państwowy egzamin? Jak bezsensowne ustawowe rozgraniczenie fukcji pilota i przewodnika, choć projekt ich połączenia był pierwotnie rozważany? Jak sprzeczny z konstytucją i zdrowym rozsądkiem przymus przewodnicki w miastach i urządzanie w nich "łapanek ulicznych"? I skoro tak Panu doskwiera owa "odwrotna dyskryminacja" polskich obywateli we własnym kraju, dlaczego Pan nie lobbował za jej zniesieniem w najprostszy sposób - wzorem Niemiec, Anglii i innych nowoczesnych krajów - uwolnieniem również i u nas zawodów przewodnickich? Pozdrawiam!
Maciej Zimowski

Aktualizacja 28.12. W kolejnej notce Dr. Cybula również krytykuje niepraworządność P. van der Coghena, przy okazji zwracając uwagę, że podważane przez niego przepisy są koniecznością wymuszoną przez jedną z unijnych dyrektyw. Tak marginesie - nie ma żadnej dyrektywy nakazującej licencjonowanie przewodnictwa, którego pan poseł jest zwolenikiem.   

skomentuj (4)
Księga Gości
Uczyńmy pilotaż i przewodnictwo turystyczne na powrót wolnym zawodem!
Chcesz poprzeć naszą akcję? podzielić się doświadczeniami i opowiedzieć o problemach? - napisz.

Linki
STRONA FANOWSKA na facebooku Kliknij "lubię" nawet jak nas nie lubisz :) celem otrzymywania najnowszych informacji
Parkwatch - siostrzany blog poświęcony problematyce - również "przewodnickiej" w parkach narodowych.
e-mail kontaktowy
WOLNEZAWODY.ORG - strona główna Akcji