Szybka kontra i... UFFFFFFFFFFFF!!! 2012-05-22 21:27:59

I oto prooooooszę państwa... jaki fascynujący jest ten mecz. Niedługo cieszyli się anty-deregulatorzy, ich krzyk radości zmienia się na tę chwilę w jęk rozpaczy. Znów my rozgrywamy. Już słyszę te klątwy, trzaskania w klawiaturę, plucia w monitor bo oto przed chwilą... taaaaak! Na stronach MS i RCL ukazała się oficjalnie finalna wersja projektu interesującej nas ustawy. I co? Nic, żadnych zmian. Taksówkarzom owszem - tu się zmieniło - rada gminy może urządzać sprawdziany. To zresztą było wiadome od co najmniej miesiąca. Natomiast w przypadku przewodnika miejskiego i terenowego - nadal żadnych warunków. Tylko niekaralność. 

Nie wiem co to był za ślepy strzał z gnata za pazuchą. Wczoraj około 15 zadzwoniła do mnie dziennikarka "Rzepy" i czytała mi na głos fragmenty ustawy w którym jak byk stało napisane że samorządy w konsultacji ze... stowarzyszeniami przewodnickimi (sic!) będą na swoim terenie wydawać licencje. Może był wcześniej jakiś taki projekt do którego po cichu ktoś zrobił tzw. wrzutkę, a potem się zorientowano? Chwała Bogu, bo to by była kompromitacja całego projektu.    

Powiem szczerze - to już nie na moje nerwy. Na szczęście obowiązki służbowe wzywają mnie na ponad tydzień... na Białoruś, gdzie przygotowuję liczne imprezy. Życzę świetnej zabawy i dobej pogody!  

skomentuj (11)

Gowin buduje drugą Rosję 2012-05-22 10:36:08

Aktualizacja 22.05. wieczorem: Uwaga! poniższy tekst jest już - na to wygląda - nieaktualny, patrz tutaj..>

Dzisiejsza prasa przynosi sensacyjne wiadomości. Aparatczycy-działacze i przewodniccy mafiozi ryczą z radości, bo nagle po piłka po serii porażek znalazła się na drugiej połowie boiska. Oby tylko na chwilę. Niestety pomysł przyznania nie urzędom marszałkowskim ale... samorządowcom w każdym powiecie i gminie (!!!)  prawa decydowania, kto może na ich terenie świadczyć usługi przewodnickie, to jakiś horror, przerażający przede wszystkim tych, którzy obecnie przewodnictwem się parają i jakoś z bólem ale obecne regulacje znoszą. Efekt jest doskonały do przewidzenia - w każdej najmniejszej pipidówce, gdzie tylko istnieją jakieś lokalne koła PTTK czy inne zrzeszenia leśnych dziadków natychmiast powstaną samozwańcze komisje i powstanie tysiąc albo więcej najrozmaitszych licencji. Doskonale znamy ten proceder z różnych parków narodowych. W ostatnich latach działacze w licznych miejscowościach turystycznych biadolili że nie mają własnych licencji i przymsu wynajmu lokalnego przewodnika, np, Gniezno albo Wadowice.  Ależ teraz zacierają rączki z radości.

Nie wiem kto i dlaczego wpadł na ten debilny pomysł. Owszem w przypadku taksówkarza, który pracuje przez cały czas w jednym mieście może to mieć jakiś sens. Nie można tego porównać z usługami przewodnickimi, świadczonymi na ogromnym obszarze. Już obecnie, żeby "legalnie" opowiedzieć coś na jakiejś objazdowej trasie przez kilka województw, trzeba mieć takich "uprawnień" kilka albo kilkanaście. Po zapowiadanej pseudo-deregulacji, która de facto będzie megaregulacją ich liczba wzrośnie pewnie do kilkudziesięciu, oczywiście za każdą trzeba będzie lokalnym kacykom zapłacić.  

Najgorsza jest ta potworna hipokryzja Gowina, bo kto na tym najbardziej straci? Ani nie biura podróży - które i tak zatrudnią kogo chcą a gąszcz lokalnych przepisików będą miały głęboko gdzieś, ani nie zagraniczni piloci którym nikt nie zabroni opowiadać czegokolwiek swoim grupom. Stracą ci, którzy mieli najbardziej zyskać czyli młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy, którzy bez zakorzenienia na rynku i kontaktów chcieliby założyć firmę przewodnicką. Aby to zrobić legalnie będą zmuszeni ponieść jeszcze większe koszty poddać się jeszcze bardziej skorumpowanym gminno-powiatowym klikom. Koszt wejścia na rynek pracy wzrośnie kilkakrotnie. 

To już nie będą drugie Włocha albo Grecja - to będzie druga Białoruś, Rosja, Ukraina. Bo właśnie z tamtych krajów znane są przypadki, że każda jednostka terytorialna lekceważąc oficjalnie zapisaną w konstytucji wolność słowa wprowadza jakieś swój przewodnicki "poriadok". Najbardziej znanym przykładem jest Lwów, gdzie uchwałą rady miejskiej zabrania się polskim pilotom oprowadzać polskie wycieczki, musi to zrobić ukraiński funkcjonariusz przedstawiający "właściwą" wersję historii miasta.

Kandydatom na przewodników już teraz radzę - zaopatrzyć się w duże i wygodne torby, w których będziecie nosić dziesiątki najrozmaitszych identyfikatorów blach i legitymacji, oczywiście z opłaconymi składkami, i pokazywać je kontrolerom w każdym zwiedzanym mieście, gminie, obiekcie. Będziecie musieli mieć ich co najmniej tyle ile przewodniczka Tatiana z Sankt Petersburga, która dumnie prezentuje je na swojej stronie: 


I tyle mojego komentarza - na głupotę rodaków więcej nie pomogę. Mam nadzieję że Ruch Palikota, posłowie tacy jak Wipler z PiSu i inne rozsądne siły w parlamencie nie pozwolą na uchwalenie tego kretynizmu.






skomentuj (26)

Małopolski Urząd Marszałkowski za deregulacją! 2012-05-21 12:47:47

Krakowskie media z zapałem nagłaśniają wszelkie anty-deregulacyjne protesty  a to przewodników, a to samorządowców z „Solidarnej Polski” a to dyrektorów muzeów. Kraków w ogóle uchodzi za jakieś przewodnickie Westerplatte, które nawet obliczu beznadziejności, bohatersko zamierza bronić się do ostatka. Dziś więc wyjawię szokującą prawdę: w samym środku tej twierdzy kryje się wewnętrzny wróg. Jądro zdrady. Targowica. Gdzie? Nie uwierzylibyście… w Urzędzie Marszałkowskim!  

Na stronie rządowego centrum legislacji można znaleźć skany pism nadsyłanych do Ministerstwa Sprawiedliwości w ramach konsultacji społecznych.  Jest tam multum pisanych według jednej sztampy protestów różnych kółek przewodnickich – nawet nie warto klikać. Zaciekawiły mnie natomiast opinie urzędów marszałkowskich, które odpowiedzialne są za egzaminowanie, ewidencję i kontrole przewodników. Dla pracujących tam  matołów deregulacja oznacza koniec świata, koniec władzy, koniec wpływów, koniec uzurpowania sobie prawa do politycznej cenzury wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że na osiem opublikowanych tam opinii sześć jest negatywnych, z takimi głupotami jak np. licencje w większości krajów UE bądź konieczność posiadania „państwowych papierów” celem pilotowania za granicą (biedni piloci niemieccy, angielscy, holenderscy…). Jedna opinia (z lubelskiego) jest ogólnikowo-sceptyczna ale jedna... bezwzględnie popiera deregulację. Skąd ona? Oto cytat:

"Województwo Małopolskie pozytywnie opiniuje projekt ustawy z dnia 6 marca 2012 roku „o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów” . Przedkładany projekt przyczyni się do ograniczania barier administracyjnych (…) oraz zwiększy konkurencyjność rynku usług."  

W dalszej części dokumentu zawarto jedynie propozycje kilku drobnych korekt. Podpisali się Gerard Madej z Departamentu Prawnego oraz Marszałek Województwa Małopolskiego - Marek Sowa.


Dziękujemy. Nie popełnili Państwo błędów poprzedników. Mam nadzieję że za tą deklaracją pójdą czystki w Departamencie Turystyki i miejsce skompromitowanych urzędników zajmą fachowcy właściwie rozumiejący czym jest promocja turystyczna i jak buduje się pozytywny wizerunek miasta i regionu. Przypilnujemy tego.

 

skomentuj (0)

Deregulacja = dekomunizacja 2012-05-18 11:35:39

Moja odpowiedź na tekst Michała Pilicha "Branża mówi nie deregulacji" w Wiadomościach turystycznych
_______
Branża mówi "nie" deregulacji? Ciekawe jaka branża, skoro najwięksi polscy touroperatorzy zrzeszeni w PZOT są jednogłośnie za. Przemysł turystyczny niemal w całości bazuje na pracy osób wykonujących zawody nieregulowane i trzeba być naiwnym, twierdząc że rynek który w hotelarstwie, gastronomii, transporcie, rozrywce itp. doskonale reguluje jakość usług, jakąś czarodziejską siłą nie dotyka drobnego ich wycinka związanego z oprowadzaniem czy pilotażem. Nieregulowane są profesje obsługi nowoczesnych form wypoczynku - jak rezydenci, animatorzy, instruktorzy wczasów aktywnych itp. zaś poziom i komplikacja istniejących absurdów w "tradycyjnym" pilotażu i przewodnictwie jest prostą konsekwencją narosłych przez lata koterii i układzików pomiędzy działaczami o PRL-owskiej proweniencji,  a urzędnikami ministerialnymi średniego szczebla. Ich przecięcie jest mimowolną  korzyścią z deregulacji, i to głównie wywołuje protest. Kogo? Tych przedstawicieli branży, którzy sami nie tworzą żadnego produktu turystycznego, nie potrafią sprzedać swoich usług w warunkach silnej konkurencji, więc pasożytują na innych, zdolniejszych. Opacznie interpretując przepisy służące ochronie klienta, tworzą administracyjny przymus kupowania swoich niechcianych usług, arogancko twierdząc że wiedzą lepiej od klienta, co jest dla niego lepsze.              

Pan Michał Pilich szkoli innych, a sam nie rozumie takich pojęć jak np. dumping czy spekulacja. Nie, proszę sobie nie schlebiać - błędnie Pan się czuje "jak spekulant z czasów minionych". Spekulantami nazywano - często pożytecznych, prywatnych handlarzy, którzy wyrośli na rynkowych niedomaganiach realsocjalizmu. Ja w Pana wypowiedziach widzę mentalność aparatczyka, jak u wielu tych, co krzykliwie walczą z deregulacją, wplatając co drugie słowo "polskie obozy koncentracyjne". Uważam, że wciąż zbyt mało piętnuje się tych, którzy niczym w jakiejś zamrażarce przetrwali 22 lata demokracji i wciąż im się wydaje że przewodnictwo turystyczne w przeciwieństwie do mediów, wydawnictw itp. jest wyjęte spod konstytucyjnej wolności słowa. Że przewodnik ma być funkcjonariuszem-cenzorem, wbijającym do głowy "jedyną słuszną prawdę". I tak niechybnie deregulacja będzie ostatnim stadium dekomunizacji.

A nowe miejsca pracy? Polacy wydają wciąż 4-5 krotnie mniej na turystykę niż zachodni sąsiedzi i chyba najwięksi pesymiści nie sądzą że tak będzie zawsze. Dzięki reformie tysiące nowych pilotów i przewodników będzie mogło podjąć pracę bez niepotrzebnych i kosztownych procedur, szkoląc się w takim zakresie jaki oczekuje rynek i klient kupujący prywatną wycieczkę, a nie państwowy urzędnik, zblatowany z lobbystą-kombinatorem.     
 
Maciej Zimowski
Koordynator Akcji Społecznej Wolne Przewodnictwo

skomentuj (18)

A ja nie chcę czytać bzdur 2012-05-16 16:53:37

Czy całe miasto Kraków nie ma na głowie ważniejszych problemów od tego, że mała grupka lokalnych przewodników-pasożytów może stracić łatwy chleb wynikający z przymusu kupowania ich niechcianych usług? Takie wrażenie może odnieść każdy, kto kupi dziś tutaj Gazetę Wyborczą. W miejscowym dodatku na czołowej stronie, na pierwszym miejscu wielkimi literami straszy tytuł "Nie chcą słuchać bzdur" (wersja sieciowa tutaj...>) a rzecz jest o dyrektorach kiku muzeów, którzy - jak świetnie to skomentowała radna Małgorzata Jantos w Radiu Kraków - mają być może znajomków wśród niezadowolonych przewodników. Dla Ministra Zdrojewskiego ich list powinien być przede wszystkim sygnałem alarmowym, wskazującym na korupcję, chore układy i kompletny organizacyjny niedowład muzealnych placówek.

Retoryka tego artykułu powala. Odkąd to, zwiedzający jest dla muzeum niepożądanym intruzem?  Do tej pory słyszałem że władzom Krakowa zależy na jak największej ilości turystów, a już zwłaszcza takich zainteresowanych kulturą, historią a nie tylko tanim piwem. I teraz, kiedy deregulacja rzeczywiście zachęci więcej takich do przyjazdu, bo zwiedzając miasto nie będą musieli przymusowo wynajmować eskorty jakiegoś krzykliwego, odpychającego "przewodnickiego funkcjonariusza", muzea będą się przed nimi zamykać?   

Będziemy kontrolować ten proceder. Sprawa jest prosta - o ile muzeum, jak większość tego typu placówek, jest publicznie dostępne dla każdego kto kupi bilet, nawet i dziś nie ma żadnego prawa nie wpuścić grupy tylko dlatego że osoba towarzysząca nie ma jakiejś "licencji". Działanie takie byłoby dyskryminacyjne, bezprawne i zagrożone karą. Wolność przekazywanie wiedzy gwarantowana jest konstytucją, i jeżeli w mniemaniu pracowników muzeów ktoś "opowiadałby bzdury" - mogą uprzejmie zwrócić uwagę, ale tylko tyle. Gazeta Wyborcza też w specjalnej kolumience komentuje "bzdury" wypisywane przez tabloidy czy prawicowe pisemka, ale nie słyszałem aby dopominała się przywrócenia cenzury, zamknięcia "Faktu" czy "Gazety Polskiej" i monopolu na informację.

Jest grupa obiektów, w których ze względów porządkowych dopuszcza się zwiedzanie tylko z przewodnikiem, np. podziemia rynku w Krakowie. Tutaj nikt przecież nie zabroni kadrze dotychczas wykształconych ludzi oprowadzać - tak jak to robili do tej pory. Jeśli natomiast pojawią się nowi "wolni przewodnicy" powinni mieć taki sam dostęp i szansę na uzyskanie muzealnych licencji. Do tej pory różnie z tym wyglądało, na panujące niejasne zasady, kolesiowstwo, niesłuszny przymus wynajmowania dodatkowego przewodnika w tych podziemiach przewodnicy pomstowali już w 2010 roku, o czym pisałem w notce "...triumf moralności Kalego". 

skomentuj (21)

W Tatrach NIE MA obowiązku przewodnickiego. 2012-05-13 17:45:57

W związku z kolportowanymi przez PAP i liczne media (m.in. na portalu Gazeta.pl - TPN: wycieczki w Tatry od teraz tylko z licencjonowanym przewodnikiem)  najnowszymi bałamutnymi i wprowadzającymi w błąd wypowiedziami Dyrektora TPN Pawła Skawińskiego - po raz kolejny przypominam co następuje:

Nieprawdą jest, że "każdą wycieczkę w Tatry musi prowadzić licencjonowany przewodnik". Ważność bądź nieważność rozporządzenia z 1997 nie ma tu nic do rzeczy. Park powołuje się na - wyrwany z kontekstu zapis o treści, która brzmi następująco: "wycieczki piesze lub narciarskie na terenach górskich, leżących na obszarach parków narodowych i rezerwatów przyrody oraz leżących powyżej 1000 m n.p.m., mogą prowadzić tylko górscy przewodnicy turystyczni." Pomijając nieprecyzyjność owego legislacyjnego bubla, (brak definicji wycieczki) z jego logiki jasno wynika że zakłada się istnienie także wycieczek "nieprowadzonych". Czyli przewodnik "może" ale nie "musi" towarzyszyć wycieczce. Co jest też zgodne z rzeczywistością bo ogromna większość z 2 mln turystów rocznie odwiedzających Tatry z usług przewodnickich nie korzysta.

Podobnie, nieprawdziwy i wprowadzający w błąd jest zapis na stronach internetowych TPN (dział turystyka piesza) o treści: "Wszystkie wycieczki wchodzące na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego mają obowiązek znajdować się pod opieką przewodnika tatrzańskiego." Stwarza on mylne wrażenie, jakoby niemożliwym było wejście na teren Parku bez "opieki" przewodnika, gdyż określenie "wycieczka" zgodnie z powszechnym rozumieniem i słownikową definicją to każdego rodzaju wyjazd, spacer itp. o charakterze turystycznym.

Dalej w informacji prasowej czytamy: "Prowadzenie zorganizowanej grupy bez przewodnika jest wykroczeniem, które może być ukarane kilkusetzłotowym mandatem bądź pouczeniem i przerwaniem wycieczki. Sprawa taka może też skończyć się skierowaniem do sądu grodzkiego". Natłok kłamstw i przeinaczeń jest w tej wypowiedzi wyjątkowy. Nie ma żadnego takiego wykroczenia w kodeksie wykroczeń, nie istnieje żadna definicja "grupy zorganizowanej", nie ma żadnego tytułu prawnego do wystawienia mandatu za "nieposiadanie przewodnika". Wszelkie regulacje odnośnie przewodnictwa turystycznego dotyczą wyłącznie komercyjnego świadczenia usług przez zarejestrowane podmioty gospodarcze, ich intencją jest ochrona interesów klientów biur turystycznych (a nie zmuszanie do kupowania niechcianych świadczeń) a po licznych nowelizacjach - sprawa korzystania z usług przewodnickich jest wyłącznie kwestą umowy klienta i organizatora. Wreszcie drobiazg - sądy grodzkie już nie istnieją.

Dyrektor parku ma prawo regulować ruch turystyczny, ale nie zwalnia go to od konieczności przestrzegania innych ustaw i konstytucyjnych praw obywateli. O ile kwestie bezpieczeństwa lub ochrony przyrody wymagają ograniczenia ruchu bądź asysty przewodnika, przepisy w tej sprawie powinny być jasno określone i nie mogą dyskryminować wybranych grup klientów. Służby parkowe nie mają żadnych uprawnień do tego, aby ingerować w prywatne sprawy osób odwiedzających udostępnione publicznie tereny parku i dzielić turystykę na "niezorganizowaną" i "zorganizowaną", z czego ta druga ma być obarczona przymusem zakupu dodatkowych usług w firmach zewnętrznych.  

Pisałem już o tym raz w liście z dnia 15 listopada. W niniejszej notatce zwracam się do Sz. Pana Dyrektora Pawła Skawińskiego po raz ostatni: Proszę pilnie sprostować swoje wypowiedzi i usunąć ze stron Parku mylne informacje o rzekomym "obowiązku przewodnickim".  W przeciwnym wypadku zgłoszę do UOKiK skargę na naruszenie zbiorowych interesów konsumentów, a do Ministra Ochrony Środowiska wniosek o odwołanie Pana z funkcji Dyrektora Parku. Od nowego roku, odkąd parki narodowe są mają osobowość prawną, do popełnianych przez Pana - moim zdaniem - nieprawidłowości dochodzi: Niegospodarność i działanie na szkodę zarządzanego przedsiębiorstwa, oraz podejrzenie układu korupcyjnego z prywatnymi podmiotami świadczącymi usługi przewodnickie.       

Do organizatorów wycieczek w Tatry, którzy nie mają ochoty korzystać z usług lokalnych przewodników, kilka porad praktycznych: Proszę nie przejmować się pogróżkami  - z tego co wiem, żadnych mandatów "za nie manie przewodnika" nigdy nie wystawiono. Służbom parkowym kategorycznie odmawiać podawania informacji o charakterze prywatnym, dotyczącym organizacji wyjazdu, wzajemnych relacji między uczestnikami. W razie nieprzyjemnych interwencji - dokumentować nagrywać, fotografować i niezwłocznie przysłać relację - ze swej strony oferuję pomoc w egzekucji odszkodowania za ewentualne naruszenie dóbr osobistych bądź zepsucie imprezy turystycznej.

Maciej Zimowski, tel  604 446233, e-mail: akcja@wolnezawody.org

skomentuj (5)

Branża touroperatorska za deregulacją. Panie Gowin, ostrożnie z aparatczykami! 2012-05-10 12:20:25

Wczoraj uczestniczyłem w tzw. konsultacjach społecznych w Ministerstwie Sprawiedliwości, na których zjawili się głównie reprezentanci środowisk, którym zależy na utrzymaniu dotychczasowych przywilejów. Oglądałem kolejny żenujący spektakl w wykonaniu tępych funkcjonariuszy z PTTK, sfrustrowanego właściciela firmy szkoleniowo-wydawniczej i jednej podstarzałej aktorki, która być może nie mając angażu w swoim zawodzie przekwalifikowała się na przewodniczkę i teraz dramatycznie pomstowała na los, że zdała tyle egzaminów a nie będzie miała zbytu na swoje usługi. Większość półtoragodzinnej dyskusji zeszła na próbach udowodnienia że przewodnik ma być kontrolerem państwowym, który w przeciwieństwie do dziennikarza, pisarza itp. ma działać w rezerwacie wyłączonym spod konstytucyjnego prawa wolności słowa i pełnić rolę urzędowego cenzora przekazywanych turystom treści. I pomimo wielkorotnych próśb moderatorów, słowami najczęściej padającymi w dyskusji były "holokaust" i "polskie obozy koncentracyjne". Spuśćmy już nad tym kurtynę. 

Swoją wypowiedź zacząłem od przypomnienia, że branża turystyczna to ogromny dział gospodarki w którym kwestie regulacji "tradycyjnego" pilotażu i przewodnictwa zajmuje dość poślednie miejsce, o czym świadczy zaledwie śladowe zainteresowanie tematem w branżowych mediach. Większość nowoczesnych usług w tym sektorze - jak hotelarstwo, gastronomia, organizacja wczasów czarterowych itp. wykonują zawody nieregulowane i rynek doskonale stoi na straży ich jakości. I właśnie wczoraj w do mediów dotarła informacja że członkowie Polskiego Związku Organizatorów Turystyki zrzeszającego największych touroperatorów na rynku (m.in. Sky Club, Itaka, Rainbow Tours, Neckermann Polska itp) są jednogłośnie za deregulacją zawodów pilota i przewodnika. Być może mój blog i ośmieszenie poprzednich wypocin ITRP i PiT jakąś drobną edukacyjną rolę tutaj odegrał. 

Natomiast po tym spotkaniu jest już dla wszystkich jasne, że cały antyderegulacyjny cyrk wokół pilotażu i przewodnictwa jest wyłącznie pochodną faktu, że wokół tych tradycyjnych, uprzywilejowanych w PRL zawodów narosła przez dziesiątki lat niepojęta ilość układów i układzików, znajomości i zblatowań starych aparatczyków - (jak czytamy w Rzeczpospolitej - w dużej części o esbeckiej proweniencji) z urzędnikami ministerialnymi różnego szczebla. I to ich manipulacja a nie żadne "względy bezpieczeństwa" - spowodowały pozostawienie potężnej enklawy regulacajnej dla przewodników "tak zwanych górskich", a de facto monopolizujących oprowadzanie po miastach czy szlakach spacerowych w całej południowej części kraju.

Ministrze Gowin, sam Pan w tym artykule wspomina, że "nie spodziewał się Pan aż takiego oporu w wypadku zniesienia licencji na oprowadzanie turystów". Ja wiedziałem o tym dobrze, przysyłając do Ministerstwa dossier, natychmiast po pierwszym prasowym wywiadzie w którym zapowiedział Pan uwolnienie przewodnictwa. Teraz wybiegnę dalej - nie spodziewa się Pan też, jakie fatalne konsekwencje polityczne może Pan ponieść w wyniku pójścia na rękę dawnym PRL-owskim aparatczykom. Proszę w całości zderegulować zawód przewodnika turystycznego!    

skomentuj (1)

Agencja PAP kłamie o licencjonowaniu przewodnictwa w Wielkiej Brytanii! 2012-05-08 19:45:23

Myślałem że czasy, kiedy dziennikarze pod dyktando przewodnickich mafii pisali brednie o rzekomym licencjonowaniu przewodnictwa "w całej Unii Europejskiej" dawno minęły. Myliłem się. 6 maja z Polskiej Agencji Prasowej wyszedł tekst, który ukazał w wielu poważnych mediach np. w biznes.onet.pl pod tytułem "Deregulacja w Polsce, Włoszech, Szwecji i Wlk. Brytanii". Już sam tytuł jest mylący, bo w Anglii a zwłaszcza Szwecji żadnej deregulacji się nie przeprowadza. Tekst, bądź jego fragmenty z nieco zmienionymi tytułami  ukazały się także w Gazecie Prawnej, na portalu tvn24.pl oraz w wielu mediach lokalnych. Nawet "Rzeczpospolita" przedrukowała te idiotyzmy pod tytułem "Przewodnik turystyczny po europejsku". Do tego szereg mediów lokalnych.  

Zawarte w powyższych publikacjach stwierdzenia: "W Wielkiej Brytanii tylko z licencją" i "Brytyjskie prawo stanowi, że przewodnik turystyczny to zawód regulowany" - są kłamstwem!

Nie ma żadnego prawa państwowego, regulującego pracę pilotów czy przewodników turystycznych w Wielkiej Brytanii. Niczego takiego nie znajdziemy na http://www.legislation.gov.uk/ ani w żadnym innym archiwum brytyjskich aktów prawnych. Jest to zawód całkowicie wolny i otwarty, może uprawiać go każdy. Jak to w szczegółach wygląda możemy przeczytać np. w tej prezentacji przedstawiającej "przewodnickie" regulacje w różnych państwach Europy, na stronie interesującego nas kraju:  

Czyli - owszem wymieniony instytut, różnokolorowe odznaki itp. istnieją, ale - jak możemy sprawdzić choćby na witrynie Institute of tourism guiding - są to niepaństwowe instytucje, mające na celu dobrowolną, nieobowiązkową (not compulsory!) profesjonalizację działań, a nie wypełnianie jakichś ustawowych wytycznych. Czyli system taki sam jak w opisanej dalej Szwecji, i praktycznie w niemal wszystkich krajach na zachód od Odry i północ od Bałtyku, które - z Wlk Brytanią i Niemcami na czele - wytwarzają ok. 70% europejskiego produktu turystycznego. Cały PAP-owski tekst jest więc wredną ściemą i dezinformacją, fałszującą rzeczywistość (na czyje zlecenie?), przypominającą pseudonaukowe wypociny naszych rodzimych "naukawców" od turystyki. Śmieszy mnie to tym bardziej, że osobiście pracuję na rynku brytyjskim od wielu lat, rekrutuję pilotów/przewodników dla jednego z brytyjskich touroperatorów. Wynajdywani przeze mnie polscy studenci, bez żadnych "państwowych papierów" a z rzeczywistymi umiejętnościami, po przejściu krótkiego wewnętrznego szkolenia - bez problemu oprowadzają brytyjskich turystów w wielu krajach Europy. Już w kwietniu 2008 roku opublikowałem następujący wywiad z jednym z tamtejszych specjalistów:



Czytając lawinę takich tekstów pojawia się pytanie: Przewodnicy wrzeszczą, że muszą być regulowani bo inaczej turysta usłyszy "bzdury". Zawód dziennikarza jak wiadomo regulowany nie jest, i co w związku z tym? Oczekuję od Agencji PAP i mediów powielających błędny materiał pilnego sprostowania opublikowanych kłamstw.  

Jutro (9 maja) będę w Warszawie - na spotkaniu min.Gowina z przedstawicielami branży turystycznej. Gdyby ktoś chciał ze mną jeszcze się spotkać - proszę dzwonić/pisać na 604 44 62 33

Maciej Zimowski

skomentuj (8)

Dotleniamy się 2012-05-05 20:16:28

W czasie długiego weekendu, jak większość z osób branży pracowałem, także w ten sposób - osobiście pilotując i oprowadzając ową uroczą grupkę na terenie Węgier i Austrii:

Ach ile "przepisów" zostało - jeszcze - "złamanych". Zarówno polskich - wprowadzonych przez tych, którzy bronią swojego bastionu socjalizmu i neo-esbeckich przywilejów, jak i tych austriackich - wyrosłych z ksenofobii, hipokryzji i co tu owijać w bawełnę - swoistego austriackiego neofaszyzmu. Pisałem kiedyś o tym w notce "Haider mordo ty nasza" (bohater notki zginął trzy dni później). 

Tymczasem - wracamy do boju o wolność, sporo pracy jeszcze przed nami, już wkrótce kolejne materiały!    

skomentuj (0)

Biedne przewodniczki w drodze do tabloidowej sławy 2012-04-30 22:16:55

Podwawelska szopka, o której wspomniałem poniżej, doczekała się krótkiej relacji w tvp kraków i w lokalnym radiu, a z gazet jedynie w krakowskim dodatku "Wyborczej". "Prowokacja przewodników" - taki tytuł ukazał się w wydaniu papierowym, w wersji sieciowej tutaj...>    

Według ich relacji - przyjeżdżający do nas turyści z zagranicy, zwłaszcza z Niemiec to wyłącznie wredni neonaziole, jacyś troglodyci ze stalinowsko-gomułkowskich agitek, a biura, organizatorzy wycieczek, to zbieranina idiotów. Należy im się przymusowy nadzór światłych depozytariuszy jedynej słusznej prawdy historycznej, którym pracę zabierze wolny rynek - co szczerze przyznali w telewizyjnym wywiadzie. Autorka artykułu Magdalena Kursa nie ruszyła palcem, aby sprawdzić jak rzeczywiście organizowane są wycieczki studyjne do Krakowa. Zadzwonić i zapytać któregoś z zagranicznych organizatorów np. niemieckiego Studiosusa albo brytyjskiego ACE Cultural Tours.

Zastanawiający jest w ogóle fakt, że ogólnotematyczny dziennik poświęca tyle miejsca tematowi, który w turystycznej prasie branżowej już dawno nikogo nie interesuje. Chodzi więc zdecydowanie nie o meritum, ale opis pewnego gatunku paranoi, co ostatnio jest modne na fali tabloidyzacji mediów. Krakowskim przewodniczkom chodzi być może o ten rodzaj "sławy", którym np. cieszy się pewien detektyw, podobno bez licencji.  

Poza tym tak świetnie sobie pomarzyć, jak to by było fajnie gdyby dziennikarze i wydawcy Gazety Wyborczej mieli podobne przywileje jakie mają - jeszcze - przewodnicy miejscy. Ich dziennik musiałby obowiązkowo kupować każdy chętny do przeczytania codziennej prasy, wydawanie periodyków o "niesłusznej" interpretacji faktów wszelakich, np. pewnej niedawnej katastrofy lotniczej, byłoby ustawowo zakazane. 

Wkurzające jest, że wielką uwagę poświęca się tym, którzy przez lata nauczyli się żerować i pasożytować na cudzej działalności, przekręcać i przenicowywać przepisy, bezczelnie zmuszać innych do kupowania swoich niechcianych usług. A nie tym którzy w warunkach silnej wolnorynkowej konkurencji tworzą ciekawe turystyczne produkty, sprzedające się bez administracyjnego przymusu. Ale to przecież takie niemedialne, prawda?        

skomentuj (27)

Szopka pod Wawelem, czyli następcy Kazimierza Świtonia 2012-04-26 11:41:14

Zastanawiam się, co skłania dziennikarzy do filmowania takich szopek, jak dzisiaj ta pod Katedrą Wawelską:

I już chyba wiem - najmłodsi mogą nie pamiętać, bo to historia z końcówki lat 90-tych, ale był kiedyś taki Kazimierz Świtoń, który mieszkając w przyczepie campingowej bronił krzyży na oświęcimskim żwirowisku. Krakowscy obrońcy zawodu przewodnika doszli właśnie do tego stadium paranoi.    

Jednak bardziej od nich ubawił mnie wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa Józef Pilch, opowiadając w wywiadzie dla Radia Kraków: 

"Nie wyobrażam sobie, że przyjedzie wycieczka niemiecka i Niemiec będzie oprowadzał nas po naszych obiektach i będzie opowiadał jak to wspaniale rządzili nasi królowie. My mamy dbać o naszą historię i nasi przewodnicy powinni oprowadzać po naszych dobrach kultury" - przekonywał w Radiu Kraków Pilch. Dodał też, że w - między innymi - Grecji, Włoszech, Turcji - wycieczki są oprowadzane tylko przez miejscowych przewodników."

Słabą ma Pan wyobraźnię. Niech Pan sobie wyobrazi, że jest taki cudzoziemiec, Norman Davies, który - co za bezczelność - napisał  księgę o historii Polski "Boże igrzysko" i tam nagryzmolił, jak to nasi królowie niekoniecznie "wspaniale" rządzili. Komunistyczna bezpieka bardzo dbała o naszą historię umieszczając tę pozycje na indeksie cenzury i konfiskując w przesyłkach. Czy Pan Pilch chce kontynuować jej tradycje?

A w zestawie krajów na których ma się wzorować nasz rząd po raz pierwszy pojawiła się Turcja. Nic dziwnego, w końcu państwowa cenzura polityczna jest tam na porządku dziennym - o czym ostatnio było głośno nawet na niwie międzynarodowej. Czekam, który pierwszy z polskich  polityków lub samorządowców powoła się na Białoruś, Maroko, Birmę czy Zanzibar.

skomentuj (7)

Jęki kanapowych frustratów 2012-04-24 12:16:18

Deregulacja z twarzą przewodnika - taki tytuł widnieje w dzisiejszym krakowskim dodatku "Gazety Wyborczej". Bardzo dobry - w końcu sam jestem autorem tego hasła, rzuciłem je w grudniu zeszłego roku. Zdjęcie przedstawia "konferencję w sprawie deregulacji zawodu przewodnika", na której to, mimo wysiłków fotoreportera udało się uchwycić w kadrze ledwie dziesięć osób, takie sobie kanapowe spotkanie. Jak zapowiadał wcześniej "Dziennik Polski" miał się też odbyć jakiś happening, zamiast tego - klapa.  

Tu sieciowa wersja artykułu. Jak czytamy - przewodnicy niezmiernie przywiązani do orwellowskich  walk z - jak to mówią "zakłamywaniem historii" sami mijają się z prawdą, nie znają faktów, polskich i europejskich przepisów -  co już w wielu miejscach tego bloga udowodniłem, ostatnio tutaj.  

Tylko takie jednostronne przedstawianie ich wynurzeń, bez żadnego komentarza czy sprawdzenia źródeł, bardzo źle świadczy o publikującym je medium. Tydzień temu, jeden ze współpracujących z "Wyborczą" fotografów, Piotr Augustyniak wypowiedział się za regulacją zawodu fotografa. Mój komentarz do tego został błyskawicznie hitem serwisu wykop.pl i wzbudził gwałtowną reakcję tysięcy internautów. Te multum komentarzy polecam radnym "Solidarnej Polski", aby wiedzieli po czyjej stronie jest społeczna sympatia. Byłbym w stanie zrozumieć wstawiennictwo radnych SLD, marzących o konserwowaniu i przywracaniu choć części PRL-owskich porządków. Ale nie tych odwołujących się do tradycji wolności, walki z cenzurą i inwigilacją obywateli.

skomentuj (0)

Układ w Ministerstwie Sportu, czyli skok na kasę 2012-04-23 15:53:17

Dzisiejsza "Gazeta Praca" publikuje obszerne sprawozdanie z debaty, która odbyła się tydzień temu. Jej "przewodnickim bohaterem" jest Pan Tomasz Dygała, autor bloga blogprzewodnika.blogspot.com - który sam, podobnie jak Krzysztof Matys, jest nie tylko przewodnikiem ale i szkoleniowcem, organizatorem kursów przewodnickich wzgl. pilockich a mimo to gorąco popiera deregulacje. Następujący fragment jego wypowiedzi czytamy dziś w prasie:

"Jestem za deregulacją,ale nasze środowisko jest podzielone. Dlaczego w ostatnim rozporządzeniu pojawił się wpis, którego nie było w trakcie konsultacji?"

Po debacie niektórzy jej uczestnicy zostali poproszeni o komentarz, Tomasz Dygała powiedział:   

"Jestem za deregulacją, więc nie chciałem przekonywać Ministra Gowina, żeby zmienił zdanie. Przyszedłem na debatę, żeby pokazać, że jest też druga strona. Chciałem też zwrócić jego uwagę na rozmaite układy, w Ministerstwie Sportu jest układ. Minister zainteresował się tym, co powiedziałem, więc mam nadzieję, że deregulacja wejdzie w życie i wszystkie układy zostaną rozmontowane."

Przyglądam się projektowi ustawy i dostrzegam coraz więcej absurdów pozostawienia "enklawy deregulacyjnej" dla tzw. przewodników górskich. Tym bardziej, że według znowelizowanego Kodeksu Wykroczeń karany ma być ten, "kto wykonuje odpłatnie (sic!) bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika górskiego na dany obszar".  Co ma odpłatność / nieodpłatność do bezpieczeństwa? To właśnie fakt płacenia za usługę, szereg obostrzeń ustawy turystycznej itp. motywuje organizatora do dokładnego sprawdzenia kwalifikacji przewodnika. Dla "bezpieczeństwa" należałoby teoretycznie objąć większym nadzorem turystów indywidualnych i niezorganizowanych przez biura podróży, którym najczęściej przytrafiają się wypadki. Objęcie regulacją wyłącznie turystyki komercyjnej wskazuje, że chodzi tu o bezpieczeństwo portfela tych, co są powiązani układami z urzędnikami w Ministerstwie Sportu. 

Jaki związek z bezpieczeństwem turystów ma powoływanie do komisji egzaminacyjnych "przedstawiciela konserwatora zabytków, tam gdzie na obszarach objętych uprawnieniami znajdują się obiekty zabytkowe i muzea."? Słowem - bujda na resorach. Cały ten przewodnicko-regulacyjny cyrk, z kursami przeładowanymi historyczno-krajoznawczymi detalami, upierdliwymi komisjami uwalającymi kandydatów za nieznajomość ilości żon Kasprowicza, ma nadal trwać w południowej części Polski.

"Minister Gowin się nie ugiął" - wielkimi literami na pierwszej stronie oznajmia Gazeta Praca. Bzdura - jak widać - ugiął się przed - jeszcze nie znanymi z nazwiska kombinatorami w Ministerstwie Sportu, które z różych innych względów nie cieszy się ostatnio najlepszą sławą. Proszę dziennikarzy, aby zbadali ten temat. Szczegółowe stanowisko naszej Akcji jest tutaj...>

skomentuj (6)

Nie kupuj zdjęć od Piotra Augustyniaka 2012-04-21 12:42:53

Czy wyobrażacie sobie Państwo nauczyciela, który publicznie nawołuje do przywrócenia kary chłosty w szkołach za najdrobniejsze przewinienia? Nawet gdyby były to puste dywagacje, raczej nie powinno się kogoś o takich poglądach zatrudniać do pracy z dziećmi.  Na podobnej zasadzie proponuję nie kupować zdjęć od Piotra Augustyniaka, który publicznie nawołuje do tego, aby zabronić zarobkowego wykonywania zdjęć osobom bez państwowej licencji!

Kiedyś napisałem
notkę o regulacjach zawodu kwiaciarki. Dominika Wielowiejska postulowała niedawno zamknięcie zawodu niani - oczywiście dla dobra i bezpieczeństwa naszych dzieci. Oba teksty były z założenia satyryczno-ironiczne, w domyśle autorów i czytelników nikt nigdy na poważnie nie pomyślałby o wprowadzeniu tak absurdalnego prawa. Rzeczywistość jednak zaskakuje. Wśród zalewu deregulacyjnej publicystyki, zaszokował mnie niedawno artykuł w "Gazecie-Praca" "Otwarte zawody wolą być zamknięte". Za zamknięciem swoich zawodów optują: fizjoterapeuta, nauczycielka angielskiego i wspomniany wyżej fotograf, Piotr Augustyniak.

Dlaczego? Jego wynurzenia są tak odkrywcze i oryginalne, że zacytuję je niemal w całości:  


"Fotografia kiedyś była sztuką, dzisiaj ciężko nazwać ją rzemiosłem. Teraz każdy może kupić aparat fotograficzny i ogłosić światu, że chce zarabiać na tym pieniądze. Dla zawodowców to psucie rynku, bo tracą źródło utrzymania na rzecz amatorów, którzy pracują za podpis pod zdjęciem w gazecie lub kalendarzu. Klienci często nie wiedzą, jak powinno wyglądać dobre zdjęcie, interesuje ich głównie cena. Prawda jest taka, że ktoś, kto jest zawodowcem i się szanuje, nie zrobi reportażu ślubnego za 600zł czy 800zł. Amator – tak. On nie przejmuje się jakością wykonanej pracy lub opinią wś rodowisku. Jego klienci narzekają później na braki estetyczne lub techniczne reportaży

Najbardziej denerwuje mnie to, że dla części osób, które tak namiętnie
(sic!) psują rynek w moim zawodzie, robienie zdjęć to tylko dodatek do etatu. Kasa na waciki. Znajomy, który był gościem na weselu, opowiedział mi historię o pewnym taksówkarzu. W trakcie przyjęcia zapytał go: – Aco ty, zdjęcia ślubne robisz? On na to: – Jakoś trzeba sobie dorabiać. A co z nami zawodowcami? Co roku zarabiam coraz mniej i ostatnio doszedłem do wniosku, że decydując się na tę profesję, popełniłem błąd, chociaż kocham to, co robię.

Chciałbym, żeby mój zawód był zamknięty. Żeby prawo do zarabiania na robieniu zdjęć miały osoby, od których wymagany byłby chociaż jakiś kurs lub egzamin. Chciałbym mieć pewność, że nie tylko znają podstawy fotografii i naszej etyki zawodowej, ale również wiedzą, na czym polega prowadzenie własnej firmy. Jeśli ktoś lubi i chce fotografować, niech to robi, ale niech nie robi tego za darmo lub w barterze, bo w ten sposób psuje rynek i odbiera źródło dochodu innym."

Ja też myślę, że pan Piotr Augustyniak decydując się na tę profesję popełnił błąd - zamiast fotografem powinien zostać pisarzem literatury political fiction. O koncepcji powrotu do cenzury i państwowej kontroli nad fotografikami pisałem niedawno w tej notce, przytaczając fragment filmu "Człowiek z Żelaza", w którym esbecy niszczą prywatną wystawę fotograficzną. Z pewnością pan Piotr Augustyniak takich scenariuszy mógłby napisać więcej. Proszę, bardzo jesteśmy ciekawi, jak pan sobie wyobraża w szczegółach przepisy regulujące pana zawód? Co z ich egzekucją, czy za pieniądze podatnika - nielegalnych fotografów na weselach i innych imprezach będzie ścigać straż miejska, czy też utworzona zostanie jakaś specjalna policja fotograficzna?

A serio - postuluję - nie kupujcie zdjęć od Piotra Augustyniaka. Pomożecie mu szybciej skorygować jego życiowy błąd.
_______
P.S. Serdecznie dziękuję użytkownikom wykop.pl, którzy w niemal godzinę po publikacji wykopali ten tekst na główną stronę serwisu. Zapraszam do polubienia naszej fanpage na facebooku - "Wolne Przewodnictwo" to najdłużej (od 2008) trwająca w Polsce akcja na rzecz uwolnienia zawodów. Fotografii raczej nikt licencjonował nie będzie ale, nadal jest o co walczyć. W tej chwili gorący temat, to przywileje, jakie po cichu załatwili sobie w projekcie deregulacyjnym tzw. "przewodnicy górscy". Wejdź na główną stronę naszego bloga, najnowsze notki są na ten temat.
_______
P.S. 2: Bynajmniej, w Europie zdarzają się enklawy regulacji tego zawodu. Według "Regulated professions database" 'Photographer' regulowany jest w Austrii, Liechtensteinie i na Islandii. O bezsensie regulacji rzemieślniczych w Austrii, gdzie kraj ten przyrównuje się do drugiej Albanii można przeczytać na licznych forach, na przykład tutaj...> Na Majorce miejscowa policja w porozumieniu z lokalnymi cechami rzemieślniczymi karze wysokimi mandatami od 626 do 6250 EUR "nielegalnych" fotografów na weselach - źródło...>


Maciej Zimowski, Koordynator Akcji.  

skomentuj (39)

Kwestie bezpieczeństwa? Bujda na kółkach. 2012-04-17 11:20:43

O wczorajszej debacie krótko i konkretnie. Przez moment chciałem użyć zwrotu "targ przekupek" ale byłby to zbyt duży komplement. Przedstawicieli, a zwłaszcza przedstawicielek "środowiska przewodnickiego" które wczoraj non stop histeryzowały i wrzeszczały nie polecałbym zatrudnić nawet do sprzedawania kartofli na bazarze, bo odstraszałyby klientów a co dopiero do oprowadzania turystów! Nawet przedstawiciele taksówkarzy i ochroniarzy wykazali się większą kulturą. Szczególnie zapalczywe były dwie starszawe i korpulentne panie, na zdjęciu poniżej jedna z nich wymachuje raportem wskazującym drastycznie niskie zadowolenie turystów z usług przewodnickich w Polsce (omówię go jeszcze). 



A oto nagranie istotnych fragmentów debaty - wypowiedź moja, Tomka Dygały i odpowiedzi Ministra Gowina. 

debata.mp3

"Kwestie bezpieczeństwa są na tyle istotne, że zawód powinien zostać uregulowany" - jak słyszymy odpowiedział Pan Minister na moje pytanie dlaczego zawodu nie uregulowano w całości i pozostawiono furtkę dla tzw. "przewodników górskich". Bzdura, zwłaszcza w kontekście innej wypowiedzi, - a propos trenerów, że nieuregulowany jest zawód instruktora nurkowania, i nie ma żadnego problemu z bezpieczeństwem, bo szkoły certyfikują się same. 

Relacja z debaty na stronach Gazety Wyborczej - tutaj...> Tomaszowi Majewskiemu, który (zważywszy że weterynarz pozostanie zawodem regulowanym) stwierdził "Do krowy trzeba mieć studia, do trenowania dzieci nie" odpowiedzieć należało - ależ trenować krowę, a nawet jeździć na niej może pan bez żadnych uprawnień!  

Tyle na dziś, wkrótce kolejne działania. Zdaje się, że trzeba będzie poprosić o wsparcie Ruch Palikota.

skomentuj (18)
Księga Gości
Uczyńmy pilotaż i przewodnictwo turystyczne na powrót wolnym zawodem!
Chcesz poprzeć naszą akcję? podzielić się doświadczeniami i opowiedzieć o problemach? - napisz.

Linki
STRONA FANOWSKA na facebooku Kliknij "lubię" nawet jak nas nie lubisz :) celem otrzymywania najnowszych informacji
Parkwatch - siostrzany blog poświęcony problematyce - również "przewodnickiej" w parkach narodowych.
e-mail kontaktowy
WOLNEZAWODY.ORG - strona główna Akcji